Ks. Jan Sochoń

Ksiądz Jerzy Popiełuszko

 
 
ks. Jerzy Popiełuszko
 
Uwagi wstępne
 
Posłannictwo księdza Jerzego Popiełuszki i specyfikę jego duszpasterstwa udaje się zrozumieć jedynie w kontekście świata, w którym przyszło mu żyć. Liczy się zwłaszcza to, co stanowi o ludzkiej kulturze, a więc wysiłek ducha, dzięki któremu człowiek przekracza naturę, ucieleśniając w sobie różnego rodzaju wartości, nie wyłączając tych ściśle konfesyjnych. Należy zatem odtworzyć zasadnicze elementy rzeczywistości oddziałującej na księdza Popiełuszkę, przypisanej nie tylko do porządku przyrodniczego, lecz także do tego wytwarzanego przez samych ludzi, budującego ich kulturowe środowisko, pod którego wpływem sami się zmieniają, doskonalą, nabierają nowych cech charakteru, po prostu konstruują – na podłożu stałej natury – swoją człowieczą osobowość, podejmując takie czy inne decyzje. W ten sposób będzie można rozpoznać uwarunkowania kształtujące drogi życia i myśli przyszłego kapelana „Solidarności”, męczennika za wiarę i ojczyznę, odsłonić nieco z tajemnicy jego powołania. Jest to ważne, ponieważ koleje losu polskiego narodu i Kościoła są na tyle charakterystyczne i niepowtarzalne (nie tylko zresztą na tle europejskim), że razem tworzą niezwyczajny model historycznej współobecności, możliwy do zrealizowania dzięki wydarzeniu chrztu księcia Mieszka I, wydarzeniu o skutkach niezwykle dalekosiężnych.
 
Co wiemy o chrzcie Mieszka I
 
Większość z nas, Polaków, zapytana o to, jakie wydarzenie z dziejów własnego narodu uważa za najważniejsze, od razu i bez większego wahania odpowie: chrzest księcia Mieszka I. A ponieważ w dawnych wiekach wiara władcy przenosiła się na jego rodzinę, jego otoczenie i całe państwo, przeto mówimy również o chrzcie Polski, mając świadomość oczywistego uproszczenia; wszak ochrzcić się może poszczególna osoba, nie naród albo państwo. Ale już od 966 roku kronikarze piszą o Polsce jako kraju chrześcijańskim, a o Mieszku – jako o „przyjacielu cesarza – głowy świata chrześcijańskiego”. Od tamtej dziejowej chwili przynależymy do kręgu cywilizacji chrześcijańskiej, z całą jej różnorodnością, dramatycznymi kryzysami i kulturowymi zdobyczami. Akceptujemy więc fundamentalną tezę, że to, co historycznie konstytuowało polską tożsamość, wiąże się ze wspomnianym chrztem Mieszka, poprzedzonym małżeństwem dynastycznym z czeską księżniczką Dobrawą w 965 roku i z zakończeniem procesu ujednolicania systemu państwowego.
 
Deprymujące jest natomiast, że tak niewieloma danymi dysponujemy w odniesieniu do naszych historycznych początków, ponieważ nie zachowały się prawie żadne źródła pisane. A to, co odkrywamy i być może jeszcze odkryjemy, to, co spod ziemi wydobywają archeolodzy – mnoży tylko kontrowersje. Cóż, bibliografia przedmiotu rośnie, zrozumienia nie przybywa. Mimo to nie wątpimy: Mieszko przyjął chrzest. Nie wiemy, gdzie i kiedy się urodził ani jak naprawdę miał na imię, ale wiemy, że zbudował potężny ośrodek polityczny, poszerzał – środkami wojskowymi – tereny swoich wpływów, dysponował wyszkoloną drużyną, do której zaciągali się także najemnicy z zewnątrz, najpewniej wikingowie. Prowadził styl życia świadczący o tym, że miał spore ambicje polityczne. Walczył z Wieletami, Wolinianami, Czechami, z Niemcami pod Cedynią, a nawet starł się z samym cesarzem – i wygrał [1]. Marzyło mu się po prostu przewodnictwo nad ówczesnymi plemionami Europy Środkowo-Wschodniej.
 
Czy aby sprostać temu zadaniu, musiał przyjąć chrzest w obrządku łacińskim? Chyba nie. Zapewne łatwiej mu było dokonywać jednoczenia słowiańskich plemion w roli jednego z nich, Słowianina, wiernego panteonowi wówczas powszechnie czczonemu. Oczywiście, w decyzji Mieszka o chrzcie mieściła się iskra polityczna; nie należy jednak wykluczać czynników i motywów ściśle religijnych. Wiarygodne wydaje się przypuszczenie, że Mieszko jako żarliwy poganin uwierzył we wszechmocnego i opiekuńczego Boga chrześcijan; być może pokładał w tym „nowym Bogu” nadzieje pokonania wrogów i uzyskania szanowanego miejsca w europejskiej społeczności chrześcijańskiej, która zresztą (nie wyłączając papiestwa) znajdowała się wtedy w głębokim religijno-kulturowym kryzysie, wręcz w moralnej zapaści. Przyjął chrzest, wspierany zachętami i prośbami Dobrawy, swej małżonki, z najbardziej osobistych racji, choć owe racje umykają analizie naukowej i na ogół nie są brane pod uwagę przez historyków.
 
Jak ten ryt mógł wyglądać? Mieszko przede wszystkim musiał wyrazić pragnienie przyjęcia chrztu w specjalnym obrzędzie. Składał się on z formalnego przesłuchania, po którym robiono znak krzyża na czole, wyrażający moc egzorcyzmu przed złymi duchami; biskup nakładał na kandydata ręce i nakazywał zjedzenie niewielkiej ilości soli, co symbolizowało smak mądrości wiary i słowa Bożego. Wszystkie te czynności miały prowadzić do całkowitej wewnętrznej odnowy, potwierdzonej postami, wstrzemięźliwością seksualną, mimo że oczywiście dana osoba żyła w związku małżeńskim. Istotne również pozostawało uważne wsłuchiwanie się w nauczanie biskupa wyjaśniającego znaczenie poszczególnych prawd wiary.
 
I kiedy wreszcie nadszedł dzień chrztu, a było to w noc wielkanocną, katechumeni po wysłuchaniu fragmentów z Pisma Świętego i złożeniu „wyznania wiary” zbliżali się do chrzcielnicy, wchodzili nago do wody i zanurzali się w niej, osłonięci od wiernych wysokimi kotarami. W tym czasie biskup wymieniał imię każdej osoby i wygłaszał formułę chrzcielną. Po czym chrzczeni wychodzili z wody, byli namaszczani olejkiem i ubierani w białe szaty. W przypadku Mieszka biskup (może Jordan?) udzielił mu – zaraz po chrzcie – sakramentu bierzmowania i w czasie mszy świętej – komunii. Trudno byłoby przypuszczać, że w takiej sytuacji Mieszko wewnętrznie nie przeżywał dogłębnego uniesienia duchowego (nawrócenie to przecież akt całkowicie indywidualny), a myślał jedynie o tym, że chrzest jego i poddanych przyczyni się do cementowania i utrwalania własnej władzy, która zyska w ten sposób sakralną legitymizację.
 
Gdyby tego rodzaju motywacja w nim przeważała, wówczas chrzest i uznanie nowej religii zostałyby sprowadzone tylko do wymiaru politycznego. Mieszko nie potrafił zresztą przewidzieć odległych skutków swej decyzji. Brakowało mu odpowiedniej wrażliwości kulturowej i wiedzy. Ale jako chrześcijanin zmienił swoje dotychczasowe życie, porzucił wielożeństwo, zrezygnował z handlu niewolnikami, który przynosił mu znaczące dochody. Wypada nadto przyjąć, że Mieszko uświadomił sobie konieczność budownictwa sakralnego, potrzebę rozwoju liturgii i sztuki kościelnej, jak również sprowadzania z zagranicy duchownych. Tylko w ten sposób proces chrystianizacji mógł powoli ogarniać coraz szersze tereny Polan.
 
W dużych ośrodkach politycznych chrzest dochodził do skutku, natomiast na obrzeżach tworzącego się kraju zwyczaje tradycyjne, czyli pogańskie, wciąż były żywe. Ówczesny Kościół bowiem nie narzucał siłą swych przekonań, nie zwalczał przemocą rdzennych wierzeń (oczywiście niszczono przedmioty starego kultu), raczej odnosił się do nich w miarę łagodnie. Kiedy zatem, wraz ze wzmacnianiem się organizacji kościelnej, zasilonej klasztorami benedyktyńskimi, świadectwem pierwszych męczenników (św. Wojciecha, św. Brunona i Pięciu Braci Polskich), w tkance świadomości społecznej coraz mocniej zaczęły gruntować się idee religii chrześcijańskiej, umacniała się również struktura polityczna państwa plemiennego, które stawało się z wolna jedną całością [2].
 
Polska i chrześcijaństwo – naczynia połączone
 
Dzięki temu znacząco rosła międzynarodowa ranga Polski, a Polacy mogli włączyć się w obszar nowoczesnego, czyli chrześcijańskiego, świata i za jego pośrednictwem zetknąć się z oryginalnymi osiągnięciami kultury łacińskiej, karolińskiej, ottońskiej, grecko -rzymskiej, jak też judaistycznej. Pojawiały się szkoły katedralne i klasztorne, następował rozwój życia zakonnego, chrześcijańskiej architektury i sztuki. Polska po prostu weszła w historię, w świat kultury pisanej, dokumentowanej, która identyfikuje polską tożsamość i ugruntowuje ją od XII wieku ze względu na jej język, obyczaje, wiarę, prawo. Warstwy zamożne zaczęły kształcić się na najlepszych uniwersytetach i same współtworzyły dorobek tej kultury. Polska i chrześcijaństwo stały się zespołem naczyń połączonych, nierozdzielnych [3].
 
Działo się tak również dzięki temu, że Polacy znajdowali się w dosyć korzystnej sytuacji. Za Mieszka I Kościół stanowił jeden monolit, choć o wielu religijnych tonacjach, skupiających się wokół porządku zachodniego i porządku wschodniego. Toteż na przykład Ruś Kijowska mogła przyjąć chrzest z Bizancjum, co wtedy wydawało się czymś normalnym, niepowodującym żadnych zatargów. Ale w 1054 roku doszło – oczywiście w pewnym dziejowym i dosyć długim procesie – do zasadniczego rozłamu, który rozerwał jeden
dotychczasowy chrześcijański świat, projektowany przez Kościół rzymski i bizantyński. Powody tego przełomu z połowy XI wieku były liczne i wysoce złożone. W każdym razie tworzące się między Zachodem a Wschodem napięcia, obudowane kulturowymi odmiennościami, wpłynęły w zasadniczy sposób na rozwijającą się polską wspólnotę narodową.
 
Patroni Europy
 
Nie dziwi przeto, że Jan Paweł II za patronów Europy wybrał – obok św. Benedykta – również świętych Cyryla i Metodego, którzy przez stworzenie podstaw alfabetu i liturgii słowiańskiej położyli solidny fundament pod rozwój słowiańskiej kultury chrześcijańskiej, rozprzestrzeniającej się nad wyraz szybko, pozostającej jednak w bliskim związku z Konstantynopolem. Dlatego wrażliwość Polaków charakteryzuje się swoistą otwartością: potrafią z jednej strony przyjąć i zrozumieć symbolikę gotyckiej katedry, z drugiej zaś strony wejść kontemplatywnie w duchową przestrzeń wschodniej ikony. Między innymi zapewne i z tego powodu chrześcijaństwo (w swych różnych formach wyznaniowych) znalazło w polskiej kulturze dogodne miejsce wzrostu, a tolerancja, zakorzeniona w Ewangelii, stała się charakterystyczną cechą życia społecznego w Rzeczy – pospolitej.
 
Rzymska oliwka przeto mogła wyrosnąć na słowiańskiej ziemi, a sami Polacy podjęli się w jej cieniu zadania, by odegrać zauważalną rolę w historii Europy. I mimo wielu epokowych przeciwności, narastających zwłaszcza podczas zaborów i komunistycznego zniewolenia po zakończeniu II wojny światowej – uchronili oni historyczną ciągłość swojego państwa, pielęgnując z godnością cywilizacyjne zdobycze katolicyzmu. W każdym razie żadnemu z wrogów nie udało się zdławić w Polakach ewangelicznego stylu życia, patriotycznej więzi z Kościołem i zmysłu dobra wspólnego. W kształtowaniu tej wspólnotowej postawy niezbywalną funkcję spełnił, jak wspomniałem, chrzest Mieszka I oraz szczególny rys ducho wości chrześcijańskiej powiązany z kultem Matki Najświętszej. Jednak nie powinniśmy też zapominać o chrześcijańskich męczennikach, których świadome opowiedzenie się za Chrystusem, aż do przelania krwi, stało się koniecznym filarem podtrzymującym w jedności ewangelizujące świat chrześcijaństwo. Kto wie, co stałoby się z Kościołem, gdyby nie ich heroiczne poświęcenie, jaki przybrałby nieodwołalnie dogmatyczny i obyczajowy wymiar?
 
W każdym razie Kościół zachował i nadal zachowuje swój kanoniczny rdzeń, nie poddając się zbyt łatwo naciskom laicyzującego się świata. Oczywiście bez trudu możemy sobie wyobrazić, że pozbawieni więzi z chrześcijaństwem i Kościołem moglibyśmy zginąć w mrokach historii, jak Wieleci, Jaćwingowie czy inne nacje pogańskie. Stało się jednak inaczej. Nawet tracąc niepodległość, nie zapominaliśmy o skutkach chrztu Mieszka I, a także o powinnościach wynikających z tego faktu. Wreszcie, po wielowiekowym wybijaniu się na niepodległość, dopracowaliśmy się demokratycznych standardów w życiu zbiorowym, choć o jakość owej demokracji musimy ciągle zabiegać. Chrzest Mieszka I stanowi więc kolebkę i miejsce naszego rozwoju, odkrywania tajemnic życia, poszukiwania dróg prowadzących do osiągnięcia religijnie pojętego szczęścia. To niejako źródło, z którego wydobywały się i nadal wydobywają idee oraz wydarzenia cementujące Polskę jako naród i jako państwo przynależne do cywilizacji chrześcijańskiej.
 
Przypomnijmy chociażby Pawła Włodkowica, św. Jadwigę, Jana Kochanowskiego, księdza Piotra Skargę, Mickiewicza, Norwida, Wyspiańskiego, prymasa Stefana Wyszyńskiego, świętą siostrę Faustynę, błogosławionego Jerzego Popiełuszkę, Miłosza, Herberta, Różewicza, Jana Pawła II. Przytoczone nazwiska pokazują, że Polacy, żyjąc i pracując na skrzyżowaniu dróg Eurazji, utworzyli odmianę ogólnoeuropejskiej kultury chrześcijańskiej, z głębokim, emocjonalnym wyakcentowaniem potrzeby wolności jako nieodzownego warunku swobodnej twórczości kulturowej [4].
 
Nowe śluby i Wielka Nowenna
 
Pamięć chrztu Mieszka I dawała znać o sobie szczególnie w momentach, kiedy chwiała się tożsamość i niezawisłość narodowa. Dowodzą tego myśl i działalność kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Jana Pawła II [5]. Ten pierwszy, będąc w więziennym osamotnieniu w Komańczy, postanowił powtórzyć gest Jana Kazimierza, króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego, który 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej oddał w opiekę Maryi cały polski naród, wyrażając wdzięczność za obronę przed szwedzkim naporem i odzyskiwaną z trudem wolność. Było to zgodne z tradycją biblijną, według której zawrzeć z Bogiem ślub to być wiernym Jego nakazom, wypełniać je i żyć w świetle Bożej mądrości. Prymas Wyszyński postanowił więc, by w trzechsetną rocznicę owych ślubów lwowskich złożyć nowe śluby, ale już na Jasnej Górze. Na tę okazję napisał odpowiedni tekst, oficjalnie nazwany Jasnogórskimi Ślubami Narodu. Dzięki tej inicjatywie doszło do wydarzenia, które zdecydowanie określiło charakter polskiego katolicyzmu i narodowej świadomości; wydarzenia o takiej wadze, że przyrównać je można tylko do pamiętnego wyboru Polaka na Stolicę Piotrową w październiku 1978 roku. Stało się to zresztą w niezwykle trudnej sytuacji historycznej. Skutki wojny światowej, zawłaszczenie Polski przez sowieckich komunistów, którzy przy wsparciu władz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej realizowali model państwa ateistycznego, pierwsze bunty robotników w Poznaniu – wszystko to powodowało silne napięcia społeczne. Polacy nie zgadzali się na życie w „czerwonej niewoli” i bez przerwy próbowali sprzeciwiać się narastającemu terrorowi, choć każdy tego rodzaju protest był tłumiony przez milicję i wojsko. Jedyną ostoją wolności i kultury pozbawionej ideologii stalinowskiej był Kościół; dlatego z taką gwałtownością prześladowała go tzw. władza ludowa.
 
Mimo to nie przeszkadzała ona w uroczystościach, jakie zorganizowano 26 sierpnia 1956 roku w sanktuarium maryjnym w Częstochowie, na zakończenie Roku Maryjnego. Nieoczekiwanie przybyło tam około miliona pielgrzymów. W otoczeniu Episkopatu Polski, a także delegacji i gości z Holandii, Węgier, Wielkiej Brytanii, z zagranicznych ośrodków polonijnych oraz wśród rzeszy wiernych, przy „symbolicznej obecności” kardynała Stefana Wyszyńskiego (koło ołtarza ustawiono pusty fotel prymasa Polski, na którym złożono wiązankę białych i czerwonych róż), tuż po zakończeniu mszy świętej, bp Michał Klepacz odczytał w imieniu polskiego narodu tekst ślubowań. Wszyscy zebrani w duchu powtarzali za celebransem słowa ślubowania, głośno wypowiadając jedynie formułę: „Królowo Polski – przyrzekamy”.
 
Dokonało się więc coś niebywałego. Oto cały naród – w kraju opanowanym przez komunistów – oddał się w duchową niewolę Maryi, nie bacząc na ewentualne (polityczno-społeczne) konsekwencje owego zawierzenia. Ważniejsze bowiem od strachu i niepokoju okazało się wspólnotowe przywiązanie do Kościoła, tradycji patriotycznych wywodzących się z fundującego Polskę chrztu Mieszka I, jak również wypowiedzenie zobowiązania do pracy nad moralną i duchową odnową, nad przywracaniem w Polsce chrześcijańskiego ładu i modelu kultury opartej na ewangelicznym stylu życia.
 
W ten sposób narodziła się idea Wielkiej Nowenny. Był to zaplanowany na lata 1957–1965 wielki program duszpasterski, którego główny cel koncentrował się na przygotowywaniu wiernych do obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Chodziło o wprowadzenie treści Ślubów Jasnogórskich w codzienne życie Polaków, by moralna odnowa społeczeństwa wciąż się dokonywała.
 
Rachunek sumienia Polaków
 
Musimy być wszak świadomi tego, co ślubujemy, co przyrzekamy przez orędownictwo Maryi samemu Bogu. Mamy także pamiętać, że ślubowanie pociąga za sobą określone działania: rachunek sumienia, żal za popełnione grzechy, prośbę o przebaczenie, naprawianie wyrządzanych krzywd. To pewien twórczy wysiłek, prowadzący do wewnętrznej przemiany, do nawrócenia. W ten sposób włącza modlących się w trwającą historię Polski „obmytą w wodach Chrztu Świętego”. Język poszczególnych wezwań ukazuje zasadnicze przesłanie: my, Polacy, chcemy nadal pozostawać narodem chrześcijańskim, być widocznym znakiem ewangelicznego radykalizmu, utrwalać w sobie i we własnych środowiskach wierność Bogu i Kościołowi Chrystusowemu, żyć bez grzechu ciężkiego, strzec trwałości małżeństwa, godności kobiety, walczyć w obronie każdego nienarodzonego dziecka, dar życia uznając za wielką łaskę i najcenniejszy skarb; chcemy bronić młodzież przed bezbożnictwem i zepsuciem, pielęgnować miłość, sprawiedliwość, pokój wszędzie tam, gdzie dochodzi do eskalacji zła, przemocy i wyzysku, dzielić się plonami ziemi i owocami codziennej pracy.
 
Znamy przecież swoje wady, także te narodowe. Przyrzekamy z nimi walczyć, a więc wypleniać z prywatnej i społecznej przestrzeni lenistwo, lekkomyślność, marnotrawstwo, pijaństwo, rozwiązłość, propagować zaś cnoty wierności, sumienności, pracowitości, oszczędności, wzajemnego poszanowania i sprawiedliwości społecznej. Prymas Tysiąclecia, projektując śluby, miał nadzieję, że staną się one zarzewiem narodowej odnowy religijnej, że wzmocnią opór przeciwko rosnącej ateizacji i obojętności na fundamenty moralne będące podstawą chrześcijaństwa, że jako „karta praw człowieka i narodu” zmobilizują Polaków do wzięcia odpowiedzialności za trwałość narodowej tożsamości zakotwiczonej w Bogu. Czy wskazane nadzieje zostały spełnione?
 
Wierzymy, ale…
 
Osiągnęliśmy sporo. Program Wielkiej Nowenny nie rozpłynął się w zapomnieniu, ponieważ został silnie utwierdzony przez pontyfikat Jana Pawła II. Zachowaliśmy wiarę, wolność, demokratyczne procedury polityczne. Polskie świątynie wciąż pulsują religijnym rytmem, a księża realizują (w miarę sił) ideały Chrystusowego posłannictwa. Zmieniły się jednak diametralnie krajobrazy, w jakich teraz egzystujemy. Globalizacja, Internet, nurty sekularyzacyjne, rozpanoszenie się tzw. duchowości bez Boga, narcyzmu i swobody obyczajowej, wiara w technologię, utrata modelu tradycyjnej rodziny i małżeństwa, rozrost cywilizacji śmierci, zalew pornografii i nowego analfabetyzmu, ruchy migracyjne i uchodźcze – wszystko to sprawia, że nasze czasy coraz powszechniej zyskują miano epoki malejących oczekiwań.
 
Z tego względu przed Kościołem staje wiele wyzwań. Nie do końca wypełniliśmy jasnogórskie ślubowania. To, co aktualnie kreuje dookolną rzeczywistość, wiąże się głównie z presją mass mediów, z reklamą świeckości i wolności zrównanej z brakiem jakiejkolwiek odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jednak skoro w Polsce i w narodach słowiańskich zachowała się w dużej mierze kultura chrześcijańska w jej historycznej syntezie: religii i moralności, racjonalności i wolności, a także skoro ta kultura stanowi korzenie Europy i była tejże Europy najprzedniejszym darem, to powinniśmy (właśnie dlatego) powracać do źródeł „europejskości” z bogatym doświadczeniem, którym obok innych narodów dysponuje naród polski [6]. To właśnie doświadczenie przejął ksiądz Jerzy Popiełuszko, a dzięki niemu mógł świadomie uczestniczyć w tych wszystkich wydarzeniach, które tworzyły los drugiej połowy XX wieku.
 
Święte Podlasie
 
Podlasie – kraina fascynująca, wyrzeźbiona przez dawne rotacje polodowcowe, zasadniczo równinna, choć tu i tam spotykamy pokryte kosodrzewiną wzgórza, szafirowe jeziora, obrysowane trzciną i bluszczem rzeki, posypane grudami kamieni pola, pomiędzy którymi widać cienie przydrożnych krzyży. Te grunty, niestety, charakteryzuje słaba jakość, dlatego niezwykle trudno wydobywa się z nich obfitsze plony. Okazuje się jednak, że ubogość materialna nie jest przeszkodą, by umożliwiać wzrost wartości duchowych, sprawiających, że ludzkie życie sięga najwyższych szczytów. Mieszkańcy tych stron pielęgnują z zauważalną dbałością tradycje patriotyczne; są na ogół doświadczeni w umacnianiu międzyosobowych relacji, jako że żyją w konglomeracie katolicyzmu, prawosławia, judaizmu, a nawet islamu.
 
Tego rodzaju niecodzienna sytuacja wymusza niejako na nich konieczność poszukiwania takich społecznych obszarów, w których istnieje szansa rozmowy, wzajemnego poznawania się, osobistego zaufania. Rzadko dochodzą do głosu idee rasistowskie i neofaszystowskie. Chyba już teraz nie zdarza się, żeby niszczono pamiątki (niegdyś imponującej) kultury żydowskiej albo lekceważono muzułmanów [7]. Znaczącą natomiast rolę odgrywają historyczne miejsca pamięci, których zewnętrznym wyrazem są pomniki i tablice okolicznościowe, a także obchodzone corocznie rocznice ważnych wydarzeń religijnych i patriotycznych. Surowość codziennego życia ludzi zamieszkujących te obszary, trud ich zmagania się z oporną materią losu powoduje intensyfikację zbiorowych emocji, ale również nasila przywiązanie do Kościoła i religii. Tutaj wzory ewangeliczne rzeczywiście wpływają na społeczne krajobrazy, obyczaj i relacje międzyludzkie. Wiara, zabarwiona nieznacznie sentymentalizmem i fideizmem, jest najważniejszym punktem orientacyjnym w sferze egzystencjalnej i społecznej. Nic przeto dziwnego, że każda próba ingerowania w ten stan rzeczy wywoływała i wywołuje widoczny sprzeciw.
 
W tak ukształtowanym rejonie, w niewielkiej wiosce Okopy, oddalonej około 4,5 kilometra od Suchowoli, 14 września 1947 roku urodził się – jako trzeci z pięciorga rodzeństwa – Jerzy Popiełuszko. Dwa dni później został ochrzczony w kościele parafialnym pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. Jego matka Marianna nadała mu imię Alfons [8], chcąc w ten sposób podkreślić patriotyczne zasługi swego brata Alfonsa, jak i związać życie syna z postacią św. Alfonsa Liguoriego, o którym dowiedziała się, słuchając rozważań wygłaszanych podczas nabożeństw majowych. Widocznie bardzo ją poruszył apostolski zapał świętego, skoro zdecydowała się obdarzyć tym imieniem własnego syna, z nadzieją, że w przyszłości będzie starał się pójść w ślady założyciela redemptorystów. Zapewne rozumiała, że chrzest nadaje życiu niezwykłe znamię przynależności do Chrystusa, że jej dziecko dostąpiło zaszczytu przynależenia do wielkiej rodziny chrześcijan, którzy pokładają nadzieję przede wszystkim w łasce i miłosierdziu Stwórcy.
 
Alek więc (tak zdrobniale wołali do niego najbliżsi) wychowywał się w sprzyjających rozwojowi osobowości warunkach, mimo że Polska znajdowała się pod sowiecką, totalitarną władzą. Po 17 września 1939 roku mieszkańcy wschodnich terenów Polski odczuli dotkliwie, czym jest komunizm i jakie zbrodnicze niebezpieczeństwa niesie ze sobą. Oddziały policji politycznej (NKWD) dopuszczały się tu straszliwych zbrodni, zwłaszcza na członkach i zwolennikach Polskiego Państwa Podziemnego; palono wsie, dokonywano aresztowań i wysyłek w głąb Rosji; próbowano niszczyć wszelkie oznaki zaangażowania religijnego. Następowała szybka sowietyzacja Polski.
 
Otoczenie, w którym żyła i pracowała rodzina Popiełuszków, było przeniknięte inwigilacją i donosicielstwem. Szczególnie dręczące okazywały się usiłowania Sowietów, by wyrwać Polaków z kręgu, jak powszechnie głoszono, religijnej ciemnoty, służalczości wobec Kościoła. Nachalna propaganda, indoktrynacja szkolna w duchu marksizmu-leninizmu, prostackie metody oczerniania księży, propagowanie ideałów tzw. nowego człowieka, któremu przyświeca myśl o konieczności zerwania z tysiącletnią polską tradycją i budowania całkowicie nowego państwa socjalistycznego, opartego na centralnym planowaniu, wyrugowaniu własności prywatnej, rozkwicie spółdzielni produkcyjnych – wszystkie te metody sowieckiego nacisku nie przynosiły jednakowoż wymiernych skutków. W Okopach ziemia nadal pozostawała w rękach prywatnych; o żadnych kołchozach nie było w ogóle mowy. Rozrastało się natomiast zbrojne antykomunistyczne podziemie, nie słabła też wśród ludzi gorliwość religijna.
 
Rodzice Alka z całego serca pragnęli, by ich dzieci wzrastały w rdzennym poczuciu, że są Polakami, że presja Sowietów nie może zniszczyć ich rodzinnego autentyzmu, patriotyzmu i religijności. Ofiarowywali im tyle, ile było wówczas możliwe, a więc osobiste świadectwo wiary, uczestnictwo w religijnej obrzędowości (zwłaszcza w popularnych procesjach), skromne przyjemności wiążące się z wyjazdami do Suchowoli, wyczulenie na piękno przyrody, uświadamianie, że codzienne szczęście nie polega na gromadzeniu bogactw, ale na uczciwości, szacunku dla dorosłych, wspieraniu potrzebujących, zgodnej pracy i wierze. Zachęcali nadto, by poza pracą w polu poświęcali też czas na naukę. Szczególnie Alek starał się spełniać ich oczekiwania. Uczył się dobrze, mimo że specjalnych talentów na pierwszy rzut oka nie okazywał. Należał do chłopców, którzy nie narzucają swojej osobowości, raczej ją skrywają. Nie znaczy to jednak, że nie charakteryzował się wytrwałością, odpornością na ból czy stanowczością. Kiedy został ministrantem, te właśnie cechy ujawniły się w nim w sposób bardzo wi doczny. Wymagania służby liturgicznej hartowały go w trudach, próbach modlitewnych, w pierwszych religijnych lekturach.
 
Związał się ze środowiskiem kultury przykościelnej, która w tamtych czasach wyznaczała alternatywny wobec tej socjalistycznej model życia i rozumienia tego, kim jest człowiek, do czego powinien dążyć i jak reagować na zło. Przynależność tego rodzaju była w jego rodzinie czymś naturalnym. Stąd Alek od dzieciństwa chłonął wszystko, co mógł zrozumieć i przyjąć jako wychowawczy dar Kościoła. Został od razu zauważony przez księży pracujących w Suchowoli, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej i gimnazjum, a także objęty przykościelnym systemem nauczania religii. Suchowola w latach powojennych straciła sporo ze swej dawnej świetności jako wielokulturowej królewskiej wsi. Wówczas krzyżowały się na jej głównym rynku szlaki handlu zbożem, kwitły rzemiosło i hodowla koni. Sowiecka i niemiecka okupacja zrujnowała te zwyczaje. Podczas wojny wysadzono w powietrze fronton i wieże kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Niemcy likwidowali bowiem kościoły, które mogłyby służyć za punkty obserwacyjne. Niemniej jednak kulturalna aktywność mieszkańców współpracujących z Kościołem nie uległa osłabieniu.
 
Wyjątkową rolę w kształtowaniu formacji duchowej Alka odegrał ks. Piotr Bożyk, który w 1960 roku został wikariuszem w suchowolskiej wspólnocie. Był to doświadczony kapłan, szczerze zaangażowany w pracę z młodzieżą, wyczulony na wszystko, co mogło wypaczać model wychowania, jaki sam stosował, wzorując się na przykładzie świętego Jana Bosko. Widywał młodziutkiego Alka niemal codziennie w miejscowej świątyni, najczęściej – jak wspominał [9] – zamyślonego, jakby go coś dręczyło, jakby nie mógł uzewnętrznić tego, czego doświadczał. Nawet gdy ktoś mu dokuczył, za bardzo się nie bronił. Dlatego ksiądz Bożyk czynił, co było w jego mocy, aby Alek mógł przezwyciężać zauważalne w jego sposobie bycia onieśmielenie, pewną lękliwość, by zyskiwał życiową ogładę. Podsuwał mu książki do czytania, zachęcał do wytrwałości i odwagi mającej źródło w podszeptach ludzkiego sumienia.
 
W Suchowoli – jak i w całej Polsce – grasowała wówczas Służba Bezpieczeństwa, panoszyły się Polska Partia Robotnicza i Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO). Miejscowość miała też jednak pewne aspiracje kulturalne, bo skoro było tam gimnazjum ogólnokształcące, to funkcjonowało także grono nauczycieli oraz społeczników, którzy jako grupa „Samopomocy Chłopskiej” użytkowali pewne obiekty, na przykład salę gimnastyczną i teatralną. Kwitło tam, na swoją miarę, życie kulturalne: rozwijał się amatorski teatr, działały orkiestra dęta, Koło Gospodyń Wiejskich i wiele innych grup. Do tego ożywienia przyczyniali się głównie (choć nie tylko) pracujący w parafii kapłani, którzy interesowali się losem dzieci, szczególnie tych z ubogich rodzin. Organizowano więc możliwą najpotrzebniejszą pomoc: chleb, buty, środki czystości. Często dzieci przychodziły na lekcje religii w rodzicielskim obuwiu, w gumiakach. Alek Popiełuszko, jak zauważył ksiądz Bożyk [10], przedstawiał się jako chłopak niezamożny, w schludnym ubraniu, sprawiający wrażenie nieco zagubionego, o smutnym uśmiechu. Matka wychowywała go „w stylu wojskowym”, ale troskliwie, pokładając w nim zresztą pewne religijne nadzieje.
 
Alek, podobnie jak większość szkolnych kolegów, trzymał się Kościoła, starał się uczyć jak najlepiej, interesował się fotografią, lubił jazdę na rowerze i motorze, zapalał się do pojawiających się co rusz nowinek technicznych. Poznał też pozbawioną fałszywych interpretacji historię Polski, choć nie była to wiedza wyniesiona bezpośrednio z nauki historii w liceum. Niektórzy z nauczycieli dali się zwieść sile partyjnych układów i próbowali zachęcać uczniów do angażowania się w sprawy polityczne; namawiali na przykład do wstępowania do partii. Nie przynosiło to żadnych wymiernych skutków, poza tym że licealiści musieli uczestniczyć w pochodach pierwszomajowych. Większość pedagogów jednak nie dawała się zastraszyć i zachowywała patriotyczną i religijną postawę. Fakt ten znacząco wpływał na reakcje i wybory uczniów. Mała Suchowola w ciągu ostatnich 40 lat dała Polsce 37 księży.
 
Przytoczone fakty ocieniała, by tak określić, delikatna praca Ducha Świętego. Wyrażała się ona zarówno w atmosferze rodzinnego domu, we wsparciu materialnym i intelektualnym niesionym przez prefektów suchowolskich szkół, jak i w patriotycznych tradycjach panujących w otoczeniu młodego Alka, nie wyłączając kręgu szkolnego. Dlatego miał się on do kogo zwrócić, kiedy zastanawiał się nad swoją przyszłością, borykał z problemami wieku młodzieńczego. Na plebanii u księdza Bożyka mógł liczyć na serdeczność; zimową porą ogrzać się, zjeść kanapkę, przejrzeć gazety, bez zbytniego skrępowania porozmawiać o wszystkim, co go niepokoiło. Musiało jednak minąć sporo czasu, zanim dokonała się w jego sercu radykalna przemiana. Od dzieciństwa miał pomysł na siebie, choć nigdy się z nim nie ujawniał. Po prostu: zamarzył o wyjeździe do Warszawy, goniąc za czymś, czego początkowo nie potrafił bliżej określić. Nie przypuszczał zapewne, że będzie musiał sprostać zadaniom, które wymagają niezwyczajnego heroizmu.
 
Studia filozoficzno-teologiczne i zaczątki duszpasterstwa
 
Otrzymawszy błogosławieństwo Marianny, swojej mamy, jak też duszpasterzy parafialnych, Alek Popiełuszko przybył do Warszawy, gdzie został przyjęty do grona seminarzystów Archidiecezjalnego Seminarium Duchownego. To był niezwykły wstrząs dla młodego chłopaka z dalekiej prowincji. Trzeba było powoli wchodzić w nowy rytm życia, przyzwyczajać się do pewnego dyscyplinarnego rygoru, ćwiczyć umysł, by móc rozumiejąco przyswajać wiedzę filozoficzną i teologiczną. Przed nieśmiałym kandydatem na kapłana otworzyły się niejako wrota do świata, o którym rozmyślał od dawna. Konkretyzowało się to, co wcześniej zaledwie przeczuwał. Teraz już wiedział, że dokonał właściwego wyboru. Profesorowie nauczający w seminarium wymagali od swoich podopiecznych określonych sprawności intelektualnych i formacyjnych. Popiełuszko w tym względzie nie odstawał od swoich kolegów, każdy rok pracy kończył z dobrymi wynikami. W czasie wakacji odwiedzał rodziców, opowiadając im o swych doświadczeniach, przeżyciach, a zwłaszcza o osobistych spotkaniach z prymasem Stefanem Wyszyńskim.
 
16 października 1966 roku, po uroczystości obłóczyn, czyli przyjęciu sutanny będącej zasadniczym strojem osoby duchownej, Popiełuszko został wcielony do wojskowej jednostki kleryckiej znajdującej się w Bartoszycach, niedaleko Stoczka Warmińskiego. Stało się tak zgodnie z ówczesną polityką władz rządzących, które wszelkimi dostępnymi środkami, nie wyłączając siłowych represji, starały się marginalizować duszpasterskie poczynania Kościoła, ograniczać ich wpływ na społeczeństwo, niszczyć niemal powszechne wśród ludzi przywiązanie do wartości ewangelicznych. Konieczność odsłużenia przez alumnów dwóch lat w wojsku należy więc odczytywać jako świadomy element gry komunistów ze środowiskami kościelnymi. Mimo to Popiełuszko nie zatracił żaru religijnego. Wraz z kolegami starał się traktować służbę wojskową jako konieczność dziejową. Już wówczas wykazywał się niecodzienną odwagą, gorliwością w wierze. Na miarę sił świadczył o głębokim przywiązaniu do Polski, do Kościoła, do wszystkiego, co cementowało międzyludzką solidarność i otwarcie na dobro wspólne. Represje, które go spotykały, wcale nie osłabiły jego morale; przeciwnie – zbliżyły go jeszcze bardziej do Ewangelii. Dyskryminacyjne metody stosowane przez wojskowych przełożonych, zgodnie z wytycznymi, jakie zalecił generał Wojciech Jaruzelski, osłabiły co prawda zdrowie Popiełuszki, lecz nie spowodowały odwrotu z wybranej ścieżki powołania i porzucenia służby kapłańskiej, czego zresztą spodziewali się organizatorzy specjalnych jednostek wojskowych dla studentów teologii, choć należy zauważyć, że spustoszenie w umysłach i sercach sporej części kleryków-alumnów doprowadzało często do nieprzyjmowania przez nich święceń kapłańskich.
 
Zapewne mocnym wsparciem w trudzie pokonywania najróżniejszych trudności, które po powrocie na Krakowskie Przedmieście wcale nie opuszczały Popiełuszki i jego współbraci, stały się – paradoksalnie – wydarzenia rozgrywające się wówczas w przestrzeni publicznej. Ingerencja władz w sprawy Kościoła stawała się coraz bardziej widoczna. Wypowiedzenie konkordatu, wyrugowanie nauczania religii w szkołach, znacjonalizowanie w sporej części majątku kościelnego, wpływ na obsadzanie stanowisk przez duchownych, likwidowanie organizacji działających pod egidą administracji kościelnej, w tym niezależnej prasy – wszystko to jednoczyło Polaków w cichym oporze. Tym bardziej że trwały przygotowania do obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. Umacniała się wśród wiernych idea Wielkiej Nowenny zaproponowana przez prymasa Wyszyńskiego, a pielgrzymowanie kopii obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej po parafiach kraju i oddanie się całego narodu w macierzyńską niewolę Maryi sprzyjało utrwalaniu społecznych więzi oraz integrowało ludzi w sprzeciwie wobec narzucanych odgórnie norm działania i postępowania.
Ważne były również treści płynące z Rzymu, gdzie doszło do zwołania Soboru Watykańskiego II. Popiełuszko wsłuchiwał się we wszystkie głosy dobiegające spoza murów seminarium. Uczestniczył w niektórych uroczystościach milenijnych, w nabożeństwach organizowanych w warszawskiej katedrze, spełniał według swej woli i talentów przydawane mu przez przełożonych zadania, zwłaszcza te wiążące się z posługą liturgiczną. Chłonął wolnościową atmosferę, coraz bardziej odczuwalną, ogarniającą niemal wszystkie zakątki codzienności. Oznaki choroby jednakowoż się wzmagały. Popiełuszko miał świadomość, że nie dysponuje odpowiednimi siłami, by oddać się całkowicie przyszłej aktywności kapłańskiej, lecz mimo to wierzył, że ostatecznie sobie poradzi, wypełni zobowiązania podjęte podczas święceń kapłańskich.
 
Święcenia te odbyły się 28 maja 1972 roku w katedrze św. Jana Chrzciciela na warszawskiej Starówce. Po czym rozpoczęło się – jak mogło się wydawać – normalne życie, uświęcone zwyczajami duszpasterskimi panującymi w Archidiecezji Warszawskiej. Skierowano neoprezbitera Jerzego Popiełuszkę do pracy w Ząbkach, w Warszawie -Aninie, od 1978 roku – do parafii Dzieciątka Jezus na Żoliborzu, a nieco później został pomocnikiem duszpasterskim i wikariuszem w kościele św. Anny w Warszawie. W tych wszystkich miejscach coraz wyraźniej ukazywał swe kapłańskie talenty: potrafił skupiać wokół siebie i spraw wiary młodzież, organizował najróżniejsze spotkania, zawody, wycieczki, chociaż nie silił się na jakieś spektakularne gesty dusz pasterskie. Z perspektywy czasu widać, że już wtedy kiełkowała w nim świadomość odpowiedzialności za ludzi szczególnie potrzebujących, poranionych nie tylko przez represyjny system komunistyczny, lecz także przez ich osobiste nieporadności życiowe. Próbował więc zaradzać wszelkiego typu „zasadzkom”, na jakie byli narażeni jego podopieczni. Zbliżył się zwłaszcza do środowiska medycznego, z którym nawiązał szczere więzi. Gros swoich wysiłków skierował na umacnianie współpracy pomiędzy nim a Kościołem, aranżował specjalistyczne konserwatoria, wykłady, dyskusje, spotkania modlitewne, pielgrzymki. Oddał się niemal całkowicie w służbę innym, coraz głębiej rozumiejąc, że duszpasterstwo kościelne ma łączyć teorię z praktyką; ma być konkretnym opowiedzeniem się po stronie prawdy, po prostu czynieniem miłosierdzia.
 
Silne poczucie odpowiedzialności za powierzone mu zadania oddalało u Popiełuszki troskę o własne zdrowie. Na szczęście pobyt w Instytucie Hematologii w Warszawie spowodował, że od zyskał wigor, choć nie mógł już działać z takim rozmachem, jak przedtem. Między innymi z tej racji władze Kurii Metropolitalnej zaproponowały, by przyjął funkcję rezydenta w parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie. Zgoda księdza Popiełuszki okazała się brzemienna w skutki, zmieniła jego styl życia całkowicie i nieodwracalnie, włączając go w żywy nurt polskiej historii, w społeczny projekt powolnego odzyskiwania utraconej wolności i podmiotowej godności, który w latach 80. ubiegłej epoki nabierał pełnego wyrazu.
 
Żoliborz – wolność na miarę nadziei
 
Po przeprowadzce na Żoliborz ksiądz Popiełuszko zdołał odwiedzić swoją ciotkę Mary Kalinowski, na której zaproszenie pojawił się w Stanach Zjednoczonych. Były to zapewne ostatnie beztroskie i radosne chwile w jego życiu. Później, porwany przez niespokojny nurt wydarzeń związanych z narastającym wśród Polaków sprzeciwem wobec władz komunistycznych, wyrażającym się w fali strajków, które przetoczyły się po całym kraju, w powstaniu „Solidarności” i w szerokim ruchu opozycyjnym, nie mógł już liczyć na bezstresowe życie parafialnego rezydenta. Nagle został wciągnięty w sam środek wiru wznieconego
przez robotników. W jakiś przedziwny, niespodziany dla samego siebie sposób związał się z warszawskimi hutnikami, którzy, podobnie jak kolejarze w Lublinie czy stoczniowcy w Gdańsku i Szczecinie, ogłosili strajk okupacyjny. Tajemnym zrządzeniem Bożej łaski zjawił się – za zgodą księdza prałata Teofila Boguckiego, proboszcza żoliborskiej parafii – w sierpniu 1980 roku na terenie Huty Warszawa, gdzie odprawił jedną z pierwszych mszy świętych dla strajkujących. Nie poprzestał na tej jednorazowej liturgii, lecz na stałe zagościł w hutniczym środowisku. Zrozumiał, że obecność kapłana w tym dziejowym momencie jest niezbędna, wręcz konieczna. I chociaż przedtem nie interesował się specjalnie zagadnieniami wchodzącymi w obręb kościelnej nauki społecznej, teraz zaczął praktycznie wcielać jej podstawowe zasady w życie. Robotnicy go polubili, zafascynowani prostotą, zwyczajnością jego zachowań, brakiem dystansu, codziennym zaangażowaniem w ich sprawy, więc w końcu uznali go za swojego kapelana. Odtąd ksiądz Popiełuszko nie potrafił wyobrazić sobie, że mógłby powrócić do duszpasterskiej rutyny. Roztoczył natomiast opiekę nad hutnikami i tymi wszystkimi, którzy zaczęli przychodzić na msze święte przez niego organizowane. Spowiadał, udzielał sakramentów świętych, zachęcał do udziału w wykładach dotyczących nauki Kościoła i historii Polski. Integrował ludzi o różnych poglądach, niezbyt skłonnych do okazywania gestów pobożności. Dzięki jego poświęceniu wielu z nich otworzyło się na problemy religijne, próbując wiarę uczynić probierzem codzienności.
 
W Polsce tymczasem działy się rzeczy dotąd niewyobrażalne. Doszło do oficjalnego zalegalizowania „Solidarności”, pojawił się pierwszy numer „Tygodnika Solidarność”, ludzie masowo wstępowali do tej formacji społecznej, wzmagały się głosy postulujące wprowadzenie należnych wszystkim obywatelom swobód demokratycznych, wolności religijnej i wyznaniowej, jak również odrzucenie planowej ateizacji w szkołach oraz w środkach masowego przekazu. Ksiądz Popiełuszko z całego serca propagował powyższe idee. Swoją postawą wręcz je uobecniał, znajdując ich ciche potwierdzenie w wypowiedziach i dyplomatycznych działaniach prymasa Stefana Wyszyńskiego oraz papieża Jana Pawła II. Zresztą wpływ obu postaci na ówczesną teraźniejszość był przeogromny i z dzisiejszego punktu widzenia nie do przecenienia. Zamach na Ojca Świętego w maju 1981 roku, a następnie śmierć prymasa Wyszyńskiego tylko wspomniane oddziaływanie spotęgowały.
 
Nic przeto dziwnego, że nowy prymas kardynał Józef Glemp szedł wyznaczoną przez nich drogą; starał się nie zaostrzać konfliktów z władzą, łagodził rodzące się napięcia, mediował pomiędzy stronami coraz mocniej wyostrzającego się i właściwie nieuchronnego konfliktu. Wybuchały kolejne strajki: w Akademii Medycznej, w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa, w których ksiądz Popiełuszko brał aktywny duszpastersko udział. We wrześniu 1981 roku odbył się I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”, podczas którego delegaci obradowali w hali „Oliwii”, co zdawało się być czymś wówczas niepospolitym. Natomiast sytuacja gospodarcza kraju stawała się dosłownie dramatyczna, czego widomym potwierdzeniem było wprowadzenie kartek na większość artykułów żywnościowych i przemysłowych. Rząd w ogóle nie zwracał uwagi na coraz gorsze położenie materialne społeczeństwa. Zacieśniał tylko totalitarny krąg nacisku, obstawania przy polityce twardej ręki i zmasowanej propagandy.
 
W tych trudnych warunkach ksiądz Popiełuszko pracował niebywale intensywnie. Nadal wspomagał robotników, studentów medycyny, odprawiał msze święte i sprawował sakramenty podczas strajków, wyjeżdżał na obozy formacyjno-wypoczynkowe, nie zaniedbywał przy tym obowiązków parafialnych. Stał się – wypada tak powiedzieć – zwornikiem różnych grup w łonie „Solidarności”, umiejętnie doprowadzając do utrzymywania ideowej jedności Związku. Dbał też o to, by domagający się wolności Polacy nie tracili więzi z religią, by ufali w trwałą pomoc Bożej opatrzności. Kiedy 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, kiedy generał Jaruzelski zdecydował o delegalizacji „Solidarności” i aresztowaniu działaczy związkowych, wskazane poczucie więzi z Kościołem okazało się czymś nieprawdopodobnie pokrzepiającym. Ludzie przecież ginęli, bywali więzieni przez długie miesiące, tracili pracę i dorobek życia. Udało się wtedy władzom unieruchomić w Polakach nadzieję, że możliwe jest wyzwolenie się spod ciężaru komunistycznej okupacji, zorganizowanie suwerennego państwa.
 
Na szczęście ów moment odrętwienia trwał niezbyt długo. Mimo ciągłej inwigilacji, procesów, zastraszania, ludzie nie upadali na duchu, szybko się organizowali, by nieść pomoc poszkodowanym oraz ich rodzinom. W Warszawie kardynał Józef Glemp powołał Komitet Prymasowski Pomocy Internowanym i Uwięzionym. Ksiądz Popiełuszko ponad wszelkie osobiste sprawy przedłożył tę jedną: by nieść realne wsparcie, uczestniczyć w prowadzonych sądach, rozdawać dary napływające z Zachodu, odwiedzać zamkniętych w więzieniach. Swoje plebanijne mieszkanie uczynił miejscem całkowicie otwartym. Każdy mógł tam przyjść, coś zjeść, wypić herbatę albo otrzymać ubranie czy lekarstwa. Żył więc w nieustannym napięciu, niemal stresie. Leczył na miarę sił „rany zbolałych serc”, jak to sam określił, także przez posługę sakramentalną.
 
W ten sposób stał się bliski wielu osobom. Radował się faktem, że aktorzy, którzy coraz gromadniej odwiedzali parafię żoliborską, bojkotowali zakłamaną telewizję, działając artystycznie w kościołach i scenach przygotowywanych przez księży. Sam zresztą czerpał z wartości kultury niezależnej. Zaczął z namysłem czytać polskich romantyków, teksty Piłsudskiego, duchowe zapiski Daga Hammarskjőlda, prasę i książki wydawane w tzw. drugim obiegu, spotykał się z wieloma artystami, ludźmi nauki, politykami opowiadającymi się za ideami solidarnościowymi. Te związki niekiedy przeradzały się w trwałe przyjaźnie, ponieważ ksiądz Popiełuszko miał dar wyczuwania chwili, rozumienia innych. Szanował ich, szczerze ewangelicznie kochał. Zaprzyjaźnił się zwłaszcza z prof. Klemensem Szaniawskim, którego traktował niemal jak ojca. Nie wyróżniał jednak nikogo. Do każdego człowieka odnosił się życzliwie, poważnie, z zaufaniem. Jeżeli ktoś zgłaszał się do niego z prośbą o pomoc, natychmiast ją otrzymywał, o ile było to naturalnie możliwe. Z tej racji łatwy dostęp do księdza Popiełuszki mieli także współpracownicy Służby Bezpieczeństwa.
 
Msze za Ojczyznę i tych, którzy dla niej najbardziej cierpią
 
Znakiem rozpoznawczym parafii św. Stanisława Kostki były msze odprawiane w intencji Ojczyzny, zainicjowane przez proboszcza Teofila Boguckiego. W ten kościelny zwyczaj włączył się, już po ogłoszeniu stanu wojennego, ksiądz Popiełuszko. Zapewne nie spodziewał się, że comiesięczna liturgia stanie się zaczynem wielkiej modlitwy zanoszonej przez Polaków do Boga, z głęboką żarliwością i poczuciem religijnego oddania. Sam przygotowywał się do tych mszy bardzo starannie. Dzięki jego pomysłom zyskały one charakterystyczną oprawę artystyczną, jak również swoisty koloryt. Przybywali na nie wierni niemal z całej Polski, przywożąc regionalne sztandary „Solidarności”. Wywieszano narodowe flagi, pod koniec mszy aktorzy czytali patriotyczne wiersze, słuchano odpowiedniej muzyki. Z czasem częściami składowymi modlitwy stały się las wyciągniętych rąk z drewnianymi krzyżami albo wzniesione ręce z palcami ułożonymi w kształcie litery „V” i kończąca mszę świętą pieśń Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana.
 
W największym skupieniu i ciszy wsłuchiwano się w głos księdza Popiełuszki. Kazania, które wygłaszał (zawsze dogłębnie opracowane, przemyślane i przemodlone), powodowały magnetyczne poruszenie, niosły odczucie duchowej harmonii i ufności. Mimo że świątynię otaczały kordony milicji, a Służba Bezpieczeństwa dopuszczała się różnych prowokacji, z miesiąca na miesiąc rosła liczba uczestników mszy świętych za Ojczyznę. Zgromadzeni na Żoliborzu doświadczali, że wreszcie znajdują się tam, gdzie można odzyskać utraconą wolność, siłę wewnętrzną, duchowy spokój. Ksiądz Popiełuszko nie stosował wyrafinowanych środków pastoralnych czy retorycznych. Mówił kameralnie, chociaż dobitnie, akcentując określone formuły wyrazowe. Odkrywał przed słuchaczami znaczenia słów niszczone przez partyjną nowomowę, przedstawiał rzeczywistą historię Polski, przytaczał teksty polskich wieszczów, wybitnych pisarzy i świętych, odwoływał się do nauczania prymasa Stefana Wyszyńskiego lub Józefa Glempa i przede wszystkim papieża Jana Pawła II. Przypominał, że Polacy szczycą się tysiącletnią tradycją, że mimo wielokrotnej utraty niepodległości nie zerwali ciągłości dziejowej jako jednolity, niepodległy duchowo naród, ponieważ dysponowali i nadal dysponują wspaniałą kulturą o wyraźnych znamionach chrześcijańskich. Cytował wypowiedzi Mickiewicza skoncentrowane na przekonaniu, że cywilizacja prawdziwie godna człowieka musi być chrześcijańska. Właśnie dzięki niej można opierać się nawale ludów barbarzyńskich, wrogów i ciemiężycieli [11]. Włączenie przez księdza Popiełuszkę polskiej teraźniejszości w żywą tradycję Polski wywoływało piorunujące wrażenie. Ludzie usłyszeli to, co znajdowało się w głębi ich serc, a czego nie mogli wypowiedzieć z obawy przed represjami. Ksiądz Popiełuszko niejako wyzwolił ich z tej obawy. Wyrażał zbiorowe emocje, przeżycia, umacniał wiarę. Ujawniał źródła komunistycznej agitacji, w kontrze proponując wzory myślenia i zachowania oparte na Ewangelii. Potrzebę patriotyzmu łączył z odnową wiary, z nieustanną potrzebą nawracania się. Tego rodzaju wypowiedzi docierały do niemal wszystkich, nie wyłączając grup opozycyjnych. Nawet odwracający się nieraz plecami od Kościoła intelektualiści z zauważalną ciekawością przysłuchiwali się temu, co głosił ksiądz Popiełuszko. Niektórzy z nich odważali się zmieniać dotychczasowe zapatrywania i akceptować główne pryncypia katolicyzmu.
 
Nie uszło to uwadze władz partyjnych, z których polecenia Służba Bezpieczeństwa zdwajała wysiłki, żeby zmusić do milczenia żoliborskiego kaznodzieję. Rozpoczął się wówczas bój o księdza Popiełuszkę. Wierni, przyjaciele i kapłani starali się go chronić, natomiast rządowe media oraz wydawana oficjalnie prasa knuły przeciwko niemu, oskarżając go o najbardziej wydumane przestępstwa i obrazę socjalistycznego państwa, na wieki – jak ogłaszano – uszczęśliwionego przez przyjaźń bratniego sowieckiego narodu. W tym nękaniu wyróżniali się ówczesny rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban, ukrywający się pod prasowymi pseudonimami Jan Rem i Michał Ostrowski, tudzież urzędnicy IV Departamentu, w którym powstał projekt zabójstwa księdza Popiełuszki. Nawet papieska wizyta w 1983 roku i zniesienie stanu wojennego niewiele w tej kwestii zmieniły. Księdza Popiełuszkę nadal systematycznie śledzono, nękano, szkalowano, wzywano na przesłuchania i do prokuratury, chcąc doprowadzić go na skraj wyczerpania nerwowego. Dlatego najbliższe otoczenie dbało, żeby kapłan nigdzie sam nie wyruszał. Żeby znajdował się zawsze na widoku. Najzwyczajniej obawiano się o jego życie. Niestety, to życie w nim faktycznie słabło. Symptomy choroby coraz mocniej dawały o sobie znać, a śmiertelne pobicie 14 maja 1983 roku przez funkcjonariuszy milicji maturzysty Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej artystki i poetki Barbary Sadowskiej, dopełniło tylko niszczącego dzieła. Ksiądz Popiełuszko zorganizował uroczystości pogrzebowe w kościele św. Stanisława Kostki, poprosił też, żeby kondukt żałobny przeszedł w głuchym milczeniu na Cmentarz Powązkowski. W jego umyśle zapewne kołatało zdanie matki zamordowanego chłopaka, która usłyszała skierowane do siebie zapewnienie, wypowiedziane bodaj w 1982 roku: „Was, Sadowska, nie możemy ruszyć, ale syna wam załatwimy”.
 
Męczeńska śmierć i jej religijne oddziaływanie
 
Czy sam Popiełuszko spodziewał się podobnej śmierci? Wówczas wiele na to wskazywało. Złośliwe manewry Służby Bezpieczeństwa nasilały się. Księdza wzywano na wielogodzinne przesłuchania, zamykano w celi więziennej. W lipcu 1984 roku sporządzono przeciw niemu formalny akt oskarżenia, podpisany przez wiceprokurator Annę Jackowską. Składał się właściwie z samych wymyślonych i ideologicznie zabarwionych oskarżeń. Ksiądz Popiełuszko został w nim przedstawiony jako wichrzyciel ładu politycznego, piewca „Solidarności”, nawołujący do stałej wrogości wobec władzy, po prostu przestępca, którego powinno się natychmiast odseparować od społeczeństwa.
 
Zabiegi te nie przynosiły jednak wymiernych (z punktu widzenia władzy) rezultatów. Rozrastał się natomiast ruch modlitewny polskiego społeczeństwa. Ludzie masowo odwiedzali kościół na Żoliborzu, manifestowali przed gmachem prokuratury, protestowali przeciwko działaniom bezpieki. Prymasa Glempa bombardowano z różnych stron petycjami, aby zablokował – jak sugerowano – jawnie polityczną i wrogą wobec komunizmu aktywność. On sam starał się działać ostrożnie, z rozwagą. Prowadził rozmowy z generałem Jaruzelskim, spotykał się z księdzem Popiełuszką, wówczas nie do końca jeszcze rozumiejąc styl jego duszpasterstwa, wysłuchiwał opinii innych warszawskich kapłanów. Nie zdecydował się jednak na żadną skrajną decyzję. Zawierzył Popiełuszce, by ten sam zadecydował o własnej przyszłości. On zaś nie miał zamiaru opuszczać środowiska, które pokładało w jego misji niemałe nadzieje. Był świadomy, że kiedy pozbawia się Polaków wszelkich praw, dokonuje się gwałtu na narodowym dziedzictwie i religii, on jako duszpasterz nie może wycofać się na boczną linię życia. Musi bytować z tymi, którzy go w tych trudnych dniach potrzebują. „Jestem gotowy na wszystko” – tak domknął swą egzystencjalną i duchową sytuację. Dlatego właśnie nadal odwiedzał różne parafie w całej Polsce, gromadził ludzi wokół ołtarza, nie okazując przy tym widocznego przestrachu.
 
Postępowanie Popiełuszki motywowało urzędowych zbrodniarzy do podwojenia wysiłków, by zabójczy krąg zaciskać wokół niego z nieubłaganą konsekwencją. Ksiądz nie zmniejszał intensywności życia, odwiedzał pokrzywdzonych w szpitalu, spotkał się z rodzicami w Okopach, we wrześniu 1984 roku uczestniczył w drugiej Pielgrzymce Ludzi Pracy na Jasną Górę; nie oszczędzał się, choć nie zapominał także o przyjmowaniu leków, gdyż tarczyca i anemia wciąż nie były zaleczone. Nie mógł wiedzieć, że jedni z najlepszych i najbardziej złowieszczych pracowników Urzędu Bezpieczeństwa ukończyli właśnie przygotowania do szczegółowo zaplanowanego zabójstwa. Rozważali oni zresztą różne sposoby usunięcia księdza Popiełuszki, między innymi chcieli go porwać i ukryć w bunkrach nieopodal Kazunia, na skraju Puszczy Kampinoskiej.
 
Nie odmówił więc Popiełuszko księdzu Jerzemu Osińskiemu pracującemu w parafii Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy [12], gdzie pojechał, aby uczestniczyć w nabożeństwie ludzi pracy, podczas którego wygłosił ważne, testamentalne – jak dzisiaj wiemy – rozważania różańcowe. Po zakończeniu tej brzemiennej w skutki uroczystości wyruszył w drogę powrotną do Warszawy. Samochód prowadził Waldemar Chrostowski. Nic nie zapowiadało dramatu. Jechali w sennym rytmie nocy. Ksiądz Jerzy modlił się, wspominał dziecięce lata, jak to robiąc kasztanowe ludziki, przebił gwoździem dłoń. Wówczas patrząc na swoją ranę, miał powiedzieć: „Mam podobną ranę jak Chrystus, kiedy był przybity do krzyża”. Kiedy przejeżdżali koło Górska pod Toruniem, spostrzegli znaki dawane przez człowieka w mundurze milicji, stojącego na szosie. Po chwili wahania zatrzymali się. Któż z nich mógł spodziewać się, że oto wpadli w straszliwą pułapkę, z której właściwie nie ma wyjścia. Mordercy zataszczyli księdza Popiełuszkę, skrępowanego powrozem, z kneblem w ustach, do bagażnika Fiata 125p i błyskawicznie ruszyli w dalszą drogę. Ich późniejsze sprawozdania z całego tego wydarzenia są na ogół zgodne i potwierdzają tezę, że ksiądz Popiełuszko, straszliwie gnębiony, poniżony i bity, wykazał się świętym heroizmem; przyjął męczeństwo godnie i mężnie, nie prosząc o litość ani darowanie życia. 30 października 1984 roku jego zmasakrowane zwłoki, obciążone jutowym workiem z kamieniami wagi 10,6 kg, nurkowie wyłowili z Wisły. Nie sposób obecnie podać dokładnych szczegółów tej zbrodni. Jesteśmy zdani na relacje Waldemara Chrostowskiego, któremu udało się wyskoczyć z pędzącego ponad 100 kilometrów na godzinę samochodu, oraz na wypowiedzi samych zabójców. Pojawiają się też odmienne od przyjętych dotychczas wersje zdarzeń [13]. Nie zmieniają one jednak niczego w tym, co najważniejsze, mianowicie że powołaniem Kościoła i zarazem każdego z nas jest, jak wskazywał ksiądz Jerzy, „zachować godność człowieka, godność dziecka Bożego” [14]. Nasza duchowa więź ze Stwórcą to dar, który powinniśmy kultywować ze szczerą troską. W nim kryje się prawda o naszym życiu i jego ostatecznym celu. Należałoby dawać świadectwo swojej wiary i zawierzenia Bogu, szczególnie w wymiarze społecznym.
 
Konieczność wiarygodnego świadectwa wiary
 
Władza, tym bardziej ta wybierana w demokratycznych wyborach, jeżeli skupia się tylko na własnej chwalbie i wygodzie, nie zważa na potrzeby ludzi, zapomina o służebnym wymiarze podejmowanych przez siebie decyzji, musi zrzec się swojego mandatu. Rozdział Kościoła od państwa nie oznacza zadekretowanego milczenia Kościoła i ograniczania przestrzeni aktywności osobom tworzącym jego wspólnotę. Słowa księdza Jerzego o tym, że mamy upominać się o życie w prawdzie, trzeba traktować poważnie i bez obaw. Nie bójmy się świadczyć o tym wszystkim, co stanowi żywą tkankę wiary i życia pozostającego w ścisłej symbiozie z nauczaniem Kościoła. Zasadnicze credo naszej wiary jest niezmienne. Z chwili na chwilę staramy się je głębiej pojmować, tak jak to po ludzku możliwe, lecz nie ulegamy ekstremalnym nowinkom teologicznym czy presji ateistycznych bądź liberalnych środowisk. Odwaga życia to również odwaga głoszenia tego, w co się wierzy, być może zawsze z odrobiną ryzyka. Bo przecież żeby nasze świadectwo dawane prawdzie mogło być wiarygodne, powinno kosztować. Łatwo wyjść na ulicę i hałaśliwie protestować, jeżeli nie stoi za taką manifestacją żadne niebezpieczeństwo, ryzyko właśnie. Nie oznacza to jednak, że mamy nierozsądnie wystawiać się na krytykę i ironię tych, którzy posługując się mediami jak mieczem, wyśmiewają nasze religijne zaangażowanie, chcą narzucić swą bezbożną wizję istnienia. Naigrywanie się z katolików nie ma w Polsce tak długiej tradycji jak chociażby w laickiej Francji, ale ostatnimi laty bardzo się nasila i często prowadzi do deklarowanej nienawiści, a więc chęci uśmiercenia tego, co zyskuje wartość w świetle Ewangelii. Musimy się tej fali przeciwstawiać, naturalnie nie za pomocą niegodziwych środków, lecz dzięki osobistemu świadectwu życia, działaniu pomnażającemu dobro wspólne. Podnośmy głos tylko po to, by zapowiadać Dobrą Nowinę.
 
Kiedy jednak dochodzi do prześladowań chrześcijan, do naruszania prawa do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, do profanacji symboli religijnych, do przekreślania w aktach ustawodawczych pierwszoplanowej roli norm naturalnych, do prób rozszerzenia pojęcia rodziny na każdy związek człowieka z człowiekiem, bez względu na jego płeć, przez co właściwie znosi się instytucję małżeństwa; kiedy lobbuje się na rzecz niszowych mniejszości homoseksualnych albo przekonuje, że tożsamość człowieka można kształtować według własnego psychicznego odczucia, zachęca się też do seksualizacji dzieci od najmłodszych lat – wówczas przemyślana reakcja jest konieczna. Nie jesteśmy przecież, ani intelektualnie, ani moralnie, bezradni. Dysponujemy rozumem, wolną wolą, sercem; władamy niezmiernym bogactwem nauki i ducha kościelnego, tym wszystkim, co przynieśli światu święci i męczennicy, co wypływa z naszego otwarcia na łaskę i słowo Boga. Są to mocne narzędzia ewangelizacji, którymi należy się posługiwać w swej publicznej aktywności.
 
Jeżeli zatem – choć sami staramy się żyć autentycznie i w prawdzie – nie demaskujemy kłamstw i fałszów, które z wielu stron do nas docierają, nie potrafimy jawnie przeciw nim protestować, wstawiać się za tymi, których poddaje się ideologicznemu znieprawieniu, czego w ostatnim czasie doświadcza naród ukraiński, nie osiągniemy ładu społecznego. Bolącą konsekwencją tego stanu rzeczy stanie się to, że niejako sami siebie pozostawimy w stanie ciągłej niewoli. Dlatego zabiegajmy o dialog, przedstawiajmy swe racje, zawsze gotowi do kompromisu, którego jednakże nie traktujmy jako celu samego w sobie. Rozstrzygającym warunkiem podejmowanego działania jest i musi być zgodność z ewangeliczną stroną życia, z tym, co ofiarował światu Jezus Chrystus. Walka z prawdą – podkreślał ksiądz Popiełuszko – będzie trwała w dalszym ciągu, prawdę wciąż będzie się niszczyło zarówno w wymiarze intelektualnym, jak i siłowym, lecz najbardziej kryminalne środki nie mają szans, by definitywnie zatriumfować. Brońmy się tylko przed grzechem, uczciwie rozmawiajmy, nie okłamujmy się nawzajem, nikomu siłą nie narzucajmy prywatnych przekonań, nie wynośmy własnych opinii ponad konieczność; nie odpowiadajmy złem na zło, ale raczej dzielmy się dobrem, wspierajmy potrzebujących, dziękczynnie stając przed Stwórczą Miłością. Wówczas owoce duszpasterstwa księdza Jerzego Popiełuszki, zwieńczonego chrześcijańskim skarbem męczeństwa, nie znikną ani z naszych serc, ani z naszego – rozpoczętego sławetnym chrztem Mieszka I – historyczno-religijnego dziedzictwa.
 
Warszawa-Bielany, maj 2016 roku
 
Teologia Polityczna 9/2016–2017, str. 197-215
 

[1] Por. P.E. Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I, Kraków 2016, s. 83–85.
[2] Terminu „państwo” używam tu nieco na wyrost, ponieważ o państwie polskim jako państwie właśnie wypada mówić dopiero w odniesieniu do sytuacji zaistniałej w wieku XIV, za panowania Kazimierza Wielkiego.
[3] Por. K. Ożóg, 966. Chrzest Polski, Kraków 2015.
[4] Por. M.A. Krąpiec, Człowiek jako osoba, Lublin 2005, s. 199.
[5] Wykorzystuję tutaj swój artykuł: Jubileuszowe odnowienie Jasnogórskich Ślubów Narodu, „Msza Święta” 2016, nr 5, s. 2–4.
[6] Por. M.A. Krąpiec, dz. cyt., s. 200.
[7] Odmienną od powyższej opinię o mieszkańcach ziem wschodnich, zwłaszcza Białegostoku, przedstawia Marcin Kącki w książce Białystok. Biała siła, czarna śmierć, Wołowiec 2015. Zob. J. Sochoń, Ciemny portret miasta, „Nowe Książki” 2016, nr 3, s. 48–49.
[8] Po 1971 roku ksiądz Popiełuszko przestanie używać tego imienia i zamieni je na Jerzy Aleksander. W potocznej świa­ domości imię to, zwłaszcza na Mazowszu, kojarzono ze stręczycielstwem, krętactwem, sutenerstwem i prostytucją, choć etymologicznie odnosi ono do takich znaczeń jak: szybki, chętny, życzliwy.
[9] Por. „Ileż ten chłopak przecierpiał”. Księdza Jerzego Popiełuszkę wspomina jego katecheta i spowiednik ks. kanonik Piotr Bożyk, „Wiadomości KAI” 2001, nr 43, s. 12–13.
[10] Zob. Nic takiego nie robię. Z ks. kan. Piotrem Bożykiem rozmawia Ewa Czumakow, „Miejsca Święte” 2010, nr 5, s. 36–38.
[11] Zob. J. Popiełuszko, Kazania 1982–1984, wstęp i opracowanie J. Sochoń, Warszawa 1992, s. 106.
[12] Por. J. Sochoń, Ks. Jerzy Popiełuszko, Kraków 2010.
[13] Na ten temat zob. J. Sochoń, Męczeństwo za wiarę, czyli chrześcijańskie owocowanie śmierci [w:] Śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki z perspektywy 30 lat, red. naukowa M. Kindziuk, Warszawa 2016, s. 141–152.
[14] J. Popiełuszko, Kazanie z 29 stycznia 1984 r. [w:] Kazania, dz. cyt., s. 136.