Ks. Jan Sochoń

Męczeństwo za wiarę, czyli chrześcijańskie owocowanie śmierci

 
 

Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.
– Jerzy POPIEŁUSZKO
[1]

 

W godzinie schyłku przychodzi słowo zmartwychwstanie.
– Paul RICOEUR
[2]

 
 
Artykuł dowodzi, że pomówienia o uwikłaniu ks. Jerzego Popiełuszki w rozgrywki polityczne są błędne, a z punktu widzenia moralnego – nieuczciwe. Poświęcił on bowiem życie za wiarę. Heroicznie i świadomie ofiarował się Bogu. Było to świadectwo męczennika, czyli świadka życia i zmartwychwstania Chrystusa. Wskutek przeżytych tortur i zniewag włączył się ks. Popiełuszko w porządek męczeństwa samego Chrystusa. Dał też wyraz uniwersalnego apostolstwa, rozgłaszając wszystkim wieść o Jezusie, Bogu i człowieku. Z dotychczasowych ustaleń trudno wnosić, że zamordowano go w innych okolicznościach, niż te, jakie oficjalnie zostały przyjęte.
 
Słowa kluczowe: wiara, polityka, męczeństwo, Jezus Chrystus, śmierć, patriotyzm
 
The article proves that the slander about Fr. Jerzy Popiełuszko entanglement in the political games are wrong, and morally – unfair. He devoted his life for the faith. Heroically and consciously he offered himself to God. His life was a testimony given by a martyr, by a witness of life and resurrection of Jesus Christ. As a result of tortures and insults he suffered, Fr. Popiełuszko joined the martyrdom of Christ himself. He also gave an example of the universal apostolate by broadcasting to all and sundry the news about Jesus, God and man. With the current findings it is difficult to conclude that he was murdered in circumstances other than those officially been accepted.
 
Key words: faith, politics, martyrdom, Jesus Christ, death, patriotism
 
 
Wiara i polityka
 
Warto na życie i duszpasterskie dokonania księdza Jerzego Popiełuszki patrzeć w podwójnej optyce. Wziąć mianowicie pod uwagę światło płynące z kart Ewangelii oraz treści zjawiające się jako wynik poprawnej analizy sytuacji, w której przyszło żyć Polakom w XX wieku. Oznacza to, że perspektywa teologiczna i porządek historyczny – choć świadomie rozgraniczone – muszą się na siebie nakładać i wzajemnie warunkować. Dlatego wszelkiego rodzaju pomówienia o rzekomym uwikłaniu żoliborskiego kapłana w rozgrywki czysto polityczne, wydają się nie tylko zwykłym uproszczeniem, ale po prostu są błędne, a z punktu widzenia moralnego – zwyczajnie nieuczciwe. By powyższą tezę uzasadnić przywołuję fakty historyczne.
 
Jezus z Nazaretu pojawił się w ziemskiej przestrzeni, w konkretnym miejscu i w określonym czasie, kiedy imperium rzymskim rządzili cesarz Oktawian August (27 p.n.e. – 14 n.e) i Tyberiusz (14-37 n.e.). Zastał przeto religijnie i kulturowo ukształtowany model życia, powiązany ze wszystkim, co narosło w przeciągu wieków na tkance żydowskiej tradycji i plemiennej świadomości. Czuł się więc w obowiązku reagować na te zewnętrzne determinacje, chcąc dotrzeć do współbraci z nową wizją ewangelizacyjną. W tym sensie (i tylko w tym sensie, ponieważ generalnie stanowisko Jezusa wobec kwestii politycznych było uderzająco neutralne) działał politycznie, gdyż komentował poczynania ówczesnej władzy, także tej religijnej.
 
Nie pozostawał obojętny na jej złowieszcze poczynania, skoncentrowane przede wszystkim na utrwalaniu tego, co przynosi wymierne korzyści, służy tylko i wyłącznie dworowi bądź kaście faryzeuszów (=separatystów) oraz ich ideowym sojusznikom, ponieważ to oni byli faktycznie jedyną potęgą w narodzie, z którą liczyć się musieli nawet Rzymianie. Zarówno saduceusze, jak i notable świeccy do tego stopnia stracili znaczenie, że mogli utrzymywać swoje stanowisko jedynie z pomocą władzy rzymskiej [3].
 
Względny spokój i pokój w ówczesnej epoce rzymskiej nie oznaczał wcale takiego samego stanu w Palestynie, gdzie wciąż dochodziło do różnego rodzaju dynastycznych sporów, walk pomiędzy politycznymi i religijnymi frakcjami. W tym konglomeracie Jezus starał się przepowiadać wieść o nadchodzącym zbawieniu świata i powszechnym królowaniu Boga (basileia tu theu), rozumianym naturalnie w całkowicie odmienny sposób niż władztwo ludzi. Z tej też racji łatwo mogło dochodzić i zresztą dochodziło do niezrozumienia Jezusowej nauki, utożsamianej najczęściej z polityczno-gospodarczymi aspiracjami Izraelitów.
 
Dlatego Jezus przekonywał swoich słuchaczy, żeby starali się w Jego słowach i czynach rozpoznawać znaki rozpoczętego już wybawienia i nie widział potrzeby włączania się w nurt bieżącej żydowskiej polityki. Najważniejszy bowiem Jego czyn wiązał się z wędrówką do Jerozolimy i realizacją odwiecznego planu: zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Ten wyłącznie religijny charakter Chrystusowej misji niekiedy zacierał się w społecznym odbiorze, niemniej jednak ostatecznie został – już po Zmartwychwstaniu – rozpoznany i zaakceptowany. Dzisiaj stanowi zasadniczy rdzeń katolicyzmu.
 
Śmierć w tkance życia
 
Z  ludzkiej  perspektywy  nie  istnieje  żadna  możliwość  przezwyciężenia śmierci. Została ona bowiem wpisana w sam szkielet ziemskiego istnienia, nadając mu wymiar skończoności i przygodności. Nie musieliśmy przecież pojawić się na Ziemi, a skoro już zostaliśmy obdarowani życiem, musimy (choć nie jest to konieczność logiczna, ontyczna czy nawet biologiczna) [4] tę Ziemię opuścić. Ani jeden, choćby najbardziej żarliwy sprzeciw, nie przynosi wymiernych rezultatów. Co najwyżej, wzmaga poczucie niezgłębionej tajemnicy. Z tego też względu dla wielu ludzi śmierć nie ma sensu, choć ma znaczenie. Pojmowana jako ciężar, wręcz obelga doprowadza ich intuicyjne poczucie „bycia w dobru” do całkowitego unieruchomienia.
 
Spotykamy jednakowoż i takie osoby, które śmierć i cierpienie łączą z doświadczeniem religijnym. Rozumieją oni konieczność śmierci biologicznej, ale całkowita utrata własnego życia osobowego wydaje im się raczej niepojęta. Wierzą w Boga, który daje nadzieję na życie wieczne. Inaczej mówiąc: na kontynuację tego życia, które w sensualny sposób odczuwamy. Nadzieja niesiona przez Stwórcę o tyle zdaje się być wiarygodna, że została ucieleśniona w postaci Chrystusa. Bóg zsyłając na świat Syna pokazał, że wyzwolenie z pęt śmierci jest możliwe. Wybawia przeto z dramatów egzystencjalnych, zapowiada nadejście trwałej ery szczęśliwości, by ostatecznie dopełnić losów kosmosu w momencie Paruzji. Istotne pozostaje, że to wiara „zbawia”, a właściwie uzdrawia, „daje zdrowie”. Jezus wciąż powtarzał: „Wierz tylko” (Mk 5, 21-43).
 
Kiedy kazał Piotrowi iść po wodzie, on szedł. Kiedy przywracał słuch, wzrok, leczył epilepsję, dokonywał nie tylko fizycznej przemiany. Zawsze dodawał słowa, które towarzyszyły owym przemianom: „twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17, 11-19). W świetle tej prawdy ocalenie od śmierci przynosi właśnie wiara, a fizyczne przejawy uleczenia cierpiących są, by tak nazwać, dodatkowym darem Chrystusa. Poprzez wiarę bowiem ofiarowuje On ludziom o wiele więcej. Ci z nich, którzy zyskali Jezusową pomoc, uwierzyli w Niego nie dlatego, że odzyskali siły życiowe, ale z zasadniczej racji, że rozpoznali wielkość Jego samego i przyjęli duchowe łaski, jakimi ich obdarzył.
 
Patron trudnych spraw
 
Ksiądz Jerzy Popiełuszko akceptował tę chrześcijańską prawdę w całej jej dogmatycznej okazałości, choć rozumiał, że wiara wymaga niezłomnych poświęceń. Zbytnio się jednak nie lękał, ponieważ Kościół w Polsce od momentu zainstalowania się nad Wisłą komunistycznej ideologii, szerzonej za pomocą zabójczego terroru, stał w wyrazistej opozycji wobec narzuconej z góry wizji państwa i życia społecznego. Nawet jeżeli prymas Stefan Wyszyński, a po nim prymas Józef Glemp, decydowali się na pewnego rodzaju „układ” z partyjną władzą, nigdy nie posuwali się do zniewalającego Kościół i wiernych kompromisu. Zawsze stawali po stronie wszystkich Polaków, nie tylko zresztą katolików, chroniąc ich przed złowieszczą siłą partyjnej ortodoksji. W ich pasterskiej misji naczelne miejsce zajmowała teza o koniecznej więzi narodu polskiego z katolicyzmem.
 
Nie do pomyślenia natomiast była sytuacja, w której trzeba byłoby afirmować powojenną sowiecką okupację, układać się z rządem będącym jedynie agendą NKWD, przyklaskiwać realizmowi socjalistycznemu, który, jak pisał Bohdan Pilarski, jest kierunkiem estetycznym, czyniącym z muzyki – malarstwo, z malarstwa – literaturę, a z literatury – broszurę polityczną [5]. Trzeba było natomiast szerzyć dopiero co się rodzące idee Soboru Watykańskiego II, dostosowywać je do polskich warunków, obyczaju liturgicznego i prawa, bronić się przed coraz bardziej bezkompromisową aktywnością Służby Bezpieczeństwa, której urzędnicy (niemal jawnie) starali się ingerować w porządek życia kościelnego, w węższym sensie, parafialnego.
 
Początkowo praca duszpasterska księdza Popiełuszki układała się pomyślnie. Do 1982 roku mógł swobodnie opuszczać Polskę, zwiedzać tzw. daleki świat (Ameryka, Kanada), jak i ten bliski (Austria, Jugosławia czy Czechosłowacja), o czym informował później w swoich „Zapiskach” [6]. Ale wydaje się, że już w tym czasie mógł wejść w orbitę zainteresowania pełnomocników IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy postanowili zwerbować księdza Popiełuszkę, poprzez różnego typu działania „zachęcające”, „pozyskujące”. Założono więc podsłuch na plebanii kościoła św. Stanisława Kostki, gdzie kapłan rezydował, a sama świątynia znalazła się na liście miejsc wymagających szczególnych obserwacji w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Inwigilacje nabierały mocy. Ubecy wrzucili do plebanijnego mieszkania księdza Popiełuszki cegłę ze spłonką, powodując wybuch. Niedługo później pomalowali samochód, jakim się poruszał, na biały kolor, chcieli go otworzyć i zapewne zniszczyć. Zaczęły go też dotykać boleśniejsze rany. 14 maja 1983 roku bestialsko pobito na Starym Mieście w Warszawie Grzegorza Przemyka, syna Barbary Sadowskiej, opozycyjnej plastyczki i poetki, obrończyni praw człowieka, znajdującej się na czarnej liście pisarzy [7]. Ksiądz Popiełuszko robił co mógł, aby uchronić matkę zamordowanego przed rozpaczą i przygnębieniem. W tej intencji wyruszył do Częstochowy, przed Obraz Matki Bożej. Wszędzie był jednak śledzony.
 
Wkrótce zniesiono stan wojenny, co wcale nie powstrzymało działań mających doprowadzić do osaczenia i „uciszenia” księdza Popiełuszki. Wzywano go wielokrotnie do Pałacu Mostowskich, gdzie znajdowała się Komenda Stołeczna Milicji Obywatelskiej. Osławiona bezwzględnością i gorliwością w służbie komunistycznej wiceprokurator Anna Jackowska przedstawiła długą listę „win”, które sprowadzały się w ogólności do działania na szkodę PRL. Sfingowano również pokazową (w światłach kamer telewizyjnych) rewizję w kawalerce księdza Popiełuszki przy ulicy Chłodnej w Warszawie. Znaleziono tam nieoczekiwanie pokaźną ilość broni, materiałów wybuchowych i pism solidarnościowych.
 
Oczywistość mistyfikacji na Chłodnej była widoczna, jednakże potraktowano ją na serio. Zamknięto wszak księdza Jerzego w areszcie. Wzmogły się nagonki prasowe, nie tylko zresztą prasy polskiej, ale i radzieckiej, informującej czytelników o antysocjalistycznym wydźwięku jego kazań; wysyłano do Sekretariatu Episkopatu Polski oskarżycielskie donosy, podsycano atmosferę podejrzeń. Chciano w ten sposób wywrzeć presję na Kościół, aby ten zrezygnował z roszczeń wolnościowych i zasady stanowienia o sobie. Realizowano po prostu złożoną strategię mającą na celu likwidację Kościoła jako takiego. Nie było to jednak takie proste. Zdarzało się, że całe grupy parafian i przyjaciół przychodziły wraz z księdzem Jerzym do budynku, gdzie miano go przesłuchiwać.
 
Te gesty życzliwości bardzo mu pomagały. Chroniono go zresztą nocą i dniem. Jako wyraz ostatecznej desperacji pojawiły się sugestie, aby wysłać księdza Popiełuszkę na studia zagraniczne. On jednak niezbyt przychylnie odniósł się do tej propozycji. Jeden z donosicieli, ukrywający się najczęściej pod kryptonimem TW „Tarcza” (Tadeusz Stachnik), pisał w swoim sprawozdaniu, że dlatego nie doszło do planowanego wyjazdu księdza Jerzego do Watykanu, ponieważ zrobiłby się „szum” nie tylko w Warszawie, ale i w całym kraju, a tego hierarchia kościelna chciała uniknąć [8]. Trwały więc trudne rozmowy pomiędzy warszawskimi biskupami a przedstawicielami władz państwowych. Księdza Popiełuszkę ciągle nękano, wzywano na przesłuchania, o czym on skrzętnie informował wiernych podczas odprawianych przez siebie nabożeństw.
 
Skutki tych zdarzeń łatwo było przewidzieć. Żoliborski rezydent słabł z dnia na dzień, musiał przyjmować opiekę szpitalną. Mimo to pracował z coraz większą determinacją, pomny, że Urząd do Spraw Wyznań nie zaprzestanie preparowania szkalujących go dokumentów, że wciąż będzie uznawany za inspiratora strajków, tworzącego klimat sprzyjający ekscesom politycznym, za wroga państwa socjalistycznego. Pokrewne przytoczonej wyżej opinie narastały jak lawina, co nie pozostawało bez wpływu na psychikę księdza Jerzego.
 
Ale nie zamierzał ulegać naciskom. Ma być przy tych, którzy dążą do obalenia znienawidzonego komunistycznego systemu, którzy traktują Ewangelię jako podstawowy, obowiązujący wzór życia. „Jeśli cierpią ojcowie rodzin, ludzie pracy to ja mam się oszczędzać? Nie wycofam się, bo wiem, że ludzie mnie potrzebują”, mówił ks. Piotrowi Bożykowi, swemu szkolnemu katechecie [9]. Po wyborach do rad narodowych Służba Bezpieczeństwa nasiliła swą aktywność, oskarżając przy tym księdza Jerzego – głosem generała Kiszczaka – że nawoływał do bojkotu wyborów. Bez przerwy wzywano go na przesłuchania i wreszcie 12 lipca 1984 roku sporządzono urzędowy akt oskarżenia, podpisany przez wiceprokurator Annę Jackowską. Składał się właściwie z samych wymyślonych i ideologicznie zabarwionych oskarżeń, niemających żadnego pokrycia w rzeczywistości. Ksiądz Popiełuszko został w nim przedstawiony jako wichrzyciel ładu politycznego, piewca „Solidarności”, nawołujący do stałej wrogości wobec władzy, po prostu przestępca, którego powinno się natychmiast odseparować od społeczeństwa. Czekał go więc oficjalny proces sądowy. Na szczęście do niego nie doszło. Amnestia zwyczajowo ogłoszona przez komunistów w lipcu 1984 roku objęła także sprawę księdza Popiełuszki.
 
Czy był to koniec prześladowań? Otóż, nie. Najgorsze miało dopiero nadejść [10]. To, że ksiądz Jerzy odwiedzał parafie w całej Polsce, że nie okazywał widocznego przestrachu, motywowało oprawców do zdwojenia wysiłku. Przyznawał jednak, że coś złego może mu się przydarzyć. Widział, jak śmiercionośny krąg zaciska się wokół niego z nieubłaganą gwałtownością. Nie zmniejszał jednak intensywności życia, odwiedzał pokrzywdzonych w szpitalu, spotkał się z rodzicami w Okopach, we wrześniu 1984 roku uczestniczył w drugiej Pielgrzymce Ludzi Pracy na Jasną Górę; złożył wizytę wraz z Waldemarem Chrostowskim ks. Bożykowi w Choroszczy; nie oszczędzał się, nie zapominał o przyjmowaniu leków, gdyż tarczyca i anemia wciąż nie były zaleczone. Ale nie był chyba świadom, że jedni z najbardziej ideologicznie wyrafinowanych kadrowców Urzędu Bezpieczeństwa kończyli właśnie przygotowania do skrupulatnie zaplanowanego zabójstwa.
 
Jak było naprawdę?
 
Kiedy 13 października 1984 roku ksiądz Popiełuszko wracał z Gdańska, w pobliżu miejscowości Wola Rychnowska, doszło do tajemniczego wydarzenia. Ktoś bliżej nieznany (okazało się później, że był to Grzegorz Piotrowski) wyskoczył z lasu i próbował uderzyć w przednią szybę samochodu, kierowanego przez Waldemara Chrostowskiego, aby doprowadzić do wypadku. Chybił jednak i nikomu z jadących nic się nie stało. To było wyraźne ostrzeżenie. Warszawski kapłan miał się uspokoić i zaprzestać zapalczywego duszpasterzowania. Adam Pietruszka, zastępca dyrektora Departamentu IV powiedział, dowiedziawszy się o tym, że to „bardzo szkoda, bo mógłby to być piękny wypadek, ale jest to polityczne głupstwo, już o zbrodni nie wspominając” [11]. Przyszli mordercy rozważali zresztą różne sposoby usunięcia księdza Popiełuszki, między innymi chcieli go porwać i ukryć w bunkrach nieopodal Kazunia, na skraju Puszczy Kampinoskiej. On, schorowany, nie okazywał nadal zbytniego zdenerwowania. Przyjmował kolejne zaproszenia do modlitwy, do przewodniczenia mszom świętym za Ojczyznę, spotykał się z gośćmi z wielu stron Polski, prowadził codzienne życie duszpasterskie i osobiste sakramentalne.
 
Nie odmówił księdzu Jerzemu Osińskiemu, pracującemu w parafii Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Pojechał tam, aby uczestniczyć w nabożeństwie ludzi pracy, podczas którego wygłosił ważne, testamentalne – jak dzisiaj wiemy – rozważania różańcowe. Po zakończeniu tej brzemiennej w skutki uroczystości wyruszył w drogę powrotną do Warszawy. Samochód prowadził  Waldemar  Chrostowski.  Nic  nie  zapowiadało  dramatu.  Jechali w sennym rytmie nocy. Ksiądz Jerzy modlił się, wspominał dziecięce lata, jak to robiąc kasztanowe ludziki, przebił gwoździem dłoń. Wówczas patrząc na swoją ranę miał powiedzieć: „Mam podobną ranę jak Chrystus, kiedy był przybity do krzyża”. Kiedy przejeżdżali koło Górska pod Toruniem spostrzegli znaki dawane przez człowieka w mundurze milicji stojącego na szosie. Po chwili wahania zatrzymali się. Któż z nich mógł spodziewać się, że oto wpadli w morderczą pułapkę, z której właściwie nie ma wyjścia.
 
Zabójcy zataszczyli skrępowanego powrozem, z kneblem w ustach z dziesięcio-kilogramowym jutowym workiem kamieni, księdza Popiełuszkę do bagażnika Fiata 125p i natychmiast ruszyli w dalszą drogę. Dojechawszy mniej więcej do połowy tamy zatrzymali się. Wszyscy trzej wyjęli J. Popiełuszkę z bagażnika i wrzucili go przez barierę do wody między 4 i 5 filarem zapory. W tym miejscu głębokość wody wynosi 4,18 m, a odległość od korony tamy do lustra wody – 16,5 m [12]. Ich późniejsze relacje z tego wydarzenia są na ogół zgodne i potwierdzają tezę, że ksiądz Popiełuszko, straszliwie gnębiony, poniżony i bity wykazał się świętym heroizmem; przyjął męczeństwo godnie i mężnie, nie prosząc o litość, ani darowanie życia. 30 października 1984 roku jego zmasakrowane zwłoki nurkowie wyłowili z Wisły.
 
Nie sposób obecnie podać dokładnych szczegółów zbrodni. Jesteśmy zdani na relacje Waldemara Chrostowskiego, któremu udało się wyskoczyć z pędzącego ponad 100 kilometrów na godzinę samochodu, na wypowiedzi samych zabójców (akta procesu toruńskiego oraz zeznania złożone Tadeuszowi Fredro-Bonieckiemu oraz niżej podpisanemu, przechowywane w Rzymie) [13] oraz innych osób uczestniczących w wydarzeniach rozgrywających się wokół procesu toruńskiego i wydobyciu z wody ciała księdza Popiełuszki.
 
Pojawiają się też odmienne od przyjętych dotychczas wersje zaistniałych zdarzeń. Hipotezy Krzysztofa Kąkolewskiego [14], Wojciecha Polaka [15], Wojciecha Sumlińskiego [16] czy Leszka Pietrzaka [17], zdobycze śledztwa prowadzonego (z przerwami) przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego, choć godne przemyślenia, nie pozwalają odrzucić twierdzenia, że ksiądz Popiełuszko został porwany i zamordowany 19 października 1984 roku przez funkcjonariuszy MSW:  kpt.  Grzegorza  Piotrowskiego,  por.  Waldemara  Chmielewskiego i por. Leszka Pękalę. Dopóki nie znajdą się „twarde dowody” przeczące wskazanemu faktowi, musi on pozostawać obowiązującym. Narzucających się w całej tej sprawie wątpliwości nie sposób oczywiście ignorować, choć, jak na razie, trudno na ich podstawie formułować przekonanie, że ksiądz Popiełuszko umarł 25 października, po czym jego ciało wrzucono do rzeki.
 
Świadek życia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa
 
Z punktu widzenia doktryny Kościoła ważniejsze było i jest uznanie samego faktu męczeństwa. Należało klarownie stwierdzić, że ksiądz Popiełuszko poświęcił życie za wiarę, że nie wahał się heroicznie i świadomie ofiarować się Bogu, w imię chrześcijańskiej prawdy o godności człowieka i nadziei na zmartwychwstanie, wysłużone krwią Chrystusa. Było to świadectwo męczennika (gr. martys, łac. martyr), czyli wyznawcy życia i zmartwychwstania Chrystusa. Na skutek przeżytych tortur i zniewag włączył się on w mękę Chrystusa. W ten sposób okazał jednocześnie symptom uniwersalnego apostolstwa, rozgłaszając wieść o Jezusie – Bogu i człowieku. Wiedział bowiem, że konanie Mesjasza na krzyżu przeistoczyło przekleństwo ludzkiej śmierci w zbawcze ocalenie: „Krew Chrystusa przelana na krzyżu stała się źródłem zbawienia. Otworzyła ludzkości powrót do domu Ojca w królestwie niebieskim, królestwie prawdy, miłości, sprawiedliwości i pokoju” [18]. W jej blasku potrafimy spojrzeć na ludzką (i swoją) śmierć pozytywnie. Przyjmujemy, że podczas chrztu w sposób sakramentalny „umieramy z Chrystusem”, by żyć nowym już życiem. Zdobywamy się na ewangeliczną nadzieję, by obracać własną śmierć w akt posłuszeństwa i miłości wobec Ojca, na wzór Chrystusa (Łk 23, 46).
 
Nadchodzące lata mamy niejako wykuwać w historii jako osoby, które zostały włączone w Boży plan zbawienia. Jeżeli z całą życiową mocą angażujemy się w teraźniejsze sprawy, Duch Boży działa, tworząc za ich pośrednictwem obiecaną przez siebie przyszłość. Oto przejaw chrześcijańskiej nadziei, która właściwie odnosi się do śmierci, którą – przekonywał ksiądz Popiełuszko – można przezwyciężyć. Bo chociaż śmierć krzyżowa Chrystusa ukazuje nienaruszaną powagę śmierci, ujawnia też jej kruchość, gdyż zostaje ona unicestwiona Bożą miłością. W Chrystusie tedy chrześcijanin pokłada ostateczną nadzieję, starając się z wszelkich sił nigdy jej nie zaprzepaścić.
 
W takim horyzoncie należy widzieć posługę księdza Popiełuszki, dostrzegając w niej wyraz bohaterskiego opowiedzenia się za Chrystusem, którego śmierć wiązał on również z dramatem Polski niszczonej przez totalitaryzm. Rozważał podobieństwo „między Chrystusem ociekającym krwią na krzyżu a zbolałą Ojczyzną” [19]. Wiara i patriotyzm jednoczyły się, w jego mniemaniu, w zobowiązującą normę etyczną. Ofiara złożona w imię narodowej wolności i suwerenności wynikała z zaangażowania religijnego, ale też stawała się znamieniem, również w społecznym wymiarze, wiary, o czym nigdy nie powinniśmy zapominać. Mordercy księdza Popiełuszki przyznawali, że w żoliborskich kazaniach nie ma żadnych politycznych naleciałości. Tam było lustro prawdy, słowa o moralności, o odwadze cywilnej, o przyzwoitości [20].
 
Mając nadzieję, że dalsze badania prowadzone przez pracowników Instytutu Pamięci Narodowej odsłonią, przynajmniej w pewnym stopniu, nieznane jeszcze fakty, i zgodny z prawdziwym stanem rzeczy przebieg męczeńskiej, błogosławionej drogi księdza Jerzego Popiełuszki, cieszmy się teraz przede wszystkim z tego, że owocowanie jego męczeństwa obejmuje i nasze serca, że staramy się – mimo przeszkód – budować chrześcijańską cywilizację miłości.
 
 
 
Śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki z perspektywy 30 lat
Redakcja naukowa: Milena Kindziuk
Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2016, s. 141-152
 
 
 
[1] Ks. J. Popiełuszko, Kazania 1982–1984, Wstęp i opracowanie ksiądz J. Sochoń, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, Warszawa 1992, s. 53 (kazanie z września 1982 r.). Dalsze cytaty z tego wydania.
[2] P. Ricoeur, Żyć aż do śmierci oraz fragmenty, przekł. A. Turczyn, Universitas, Kraków 2008, s. 147.
[3] Ks. E. Dąbrowski, Nowy Testament na tle epoki. Geografia – historia – kultura, t. 2, Pallottinum, Poznań 1956, s. 189.
[4] Zob. I. Ziemiński, Metafizyka śmierci, Wydawnictwo WAM, Kraków 2010.
[5] B. Pilarski, Zajączkiem po Związku. Zapiski z podróży, „Glaukopis” 2014, nr 31, s. 401.
[6] Zapiski. Listy i wywiady ks. Jerzego Popiełuszki 1967-1984, opr. o. G. Bartoszewski OFMCap., Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „ADAM”, Warszawa 2009. s. 33-90.
[7] W tym czasie, co charakterystyczne, został uprowadzony Janusz Krupski, działacz opozycyjny z Lublina, poniósł też śmierć Piotr Bartoszcze, jeden z przywódców NSZZ „Solidarność Rolników Indywidualnych”. Dlatego historycy mówią o tzw. porwaniach toruńskich.
[8] Bezpieka mogłaby ewentualnie wykorzystać wyjazd ks. Jerzego do Rzymu propagandowo jako ucieczkę „wroga systemu”, który tchórzliwe zostawia swoich parafian na pastwę losu, a sam wyjeżdża na studia. Zob. P. Litka, Zwerbować księdza, „Gość Niedzielny” 2015 nr 2, s. 34.
[9] I. Świerdzewska, Byłem jego katechetą, „Idziemy” 2010 nr 23, s. 27.
[10] Por. ks. J. Sochoń, Ks. Jerzy Popiełuszko, Wydawnictwo WAM, Kraków 2010.
[11] Tamże.
[12] Podaję za: o. dr G. Bartoszewski OFM Cap, Męczeństwo Czcigodnego Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki, w: Bł. ksiądz Jerzy Popiełuszko. Sesja naukowa, Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, Warszawa 2010, s. 24-25; zob. też: M. Kindziuk, Świadek prawdy.  Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, Święty Paweł, Częstochowa 2004, s. 271-276.
[13] Można podważać wiarygodność i szczerość wypowiedzi morderców księdza Popiełuszki. Rzeczywiście, starali się oni (zwłaszcza Piotrowski) przedstawiać siebie i swe poczynania w jak najbardziej korzystnym świetle, często w rozmowach uciekali się do pustych chwytów retorycznych; w żadnej chwili jednak nie zaprzeczali, że to oni właśnie stoją za zabójstwem żoliborskiego kapłana. Próbowali nawet uzasadniać, że to oni i tylko oni są bezpośrednim źródłem tego haniebnego czynu. W każdym razie wypada przyjąć, że przebieg wydarzeń, jaki wszyscy trzej przedstawili zdaje się być wiarygodny, realnie mający miejsce.
[14] K. Kąkolewski, Ksiądz Jerzy w rękach oprawców. Rzeczywiste przyczyny i przebieg porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki, Wydawnictwo von borowiecky, Warszawa 2004.
[15] Prof. W. Polak przedstawił swą hipotezę podczas konferencji „Śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki – nowe fakty (w 30. rocznicę uprowadzenia i zabójstwa)”, która odbyła się na UKSW w Warszawie.
[16] W. Sumliński, Kto naprawdę go zabił?, Rosner i Wspólnicy, Warszawa 2005.
[17] Opinie L. Pietrzaka są dostępne w Internecie. Tutaj odwołuję się do jego tekstu zamieszczonego w „Polska the Times” z 19 października 2008 r.
[18] Ks. J. Popiełuszko, Kazania…, dz. cyt., s. 121 (kazanie z 27 listopada 1983 r.).
[19] Tamże (kazanie z 26 września 1982 r.), s. 54.
[20] Przytaczam zdanie Grzegorza Piotrowskiego, wypowiedziane w prywatnej rozmowie (listopad 1993 r.).