Ks. Jan Sochoń

Co ma sztuka na sumieniu?

 
 
Z ks. prof. Janem SOCHONIEM
rozmawia Monika FLOREK-MOSTOWSKA
 
 
Anioł
 
Obecnie seriale telewizyjne stały się niemal częścią codziennego życia. Zżywamy się z ich bohaterami i czasami oburza nas, że aktor, który w jednym serialu gra księdza, w innym pojawia się jako gangster. Czy słusznie?

– Praca aktora – jak zresztą każde działanie artystyczne – nie znosi jednowymiarowości. Dlatego aktorzy uciekają od ról, które mogą ich szufladkować, wpychać w stały odbiorczy szablon. Po wcieleniu się na przykład w postać papieża, chętnie przyjmą role leżące na przeciwległym biegunie aktorskiego emploi. Zwłaszcza słabej jakości seriale niszczą bogactwo niesione przez  tajemniczą wielobarwność rzeczywistości, ograniczając ją do jakiegoś płaskiego i skonwencjonalizowanego wymiaru. Sztuka czytania i oglądana dla tak zwanej przyjemności ma na ludzi, jak przypuszczam, największy, a najmniej oczekiwany wpływ. W takiej sytuacji aktor bywa traktowany jak kukiełka w rękach producentów, którzy schlebiają przeciętnym gustom, mając na uwadze tylko i wyłącznie tzw. oglądalność i finansowe zyski.

Tymczasem życie mieni się przemiennie barwami tragicznymi, komediowymi, konfesyjnymi i nie daje się wyczerpać w żadnym akcie twórczym, choćby o arcydzielnej skali. Artysta jest przeto zobowiązany do kreatywnego odtwarzania całego bogactwa świata. Nie może ograniczać się do tego, co jest bez skazy, bo tutaj na ziemi nie stykamy się z tego typu postawami. Wszystko, co czynimy, realizujemy w ludzkiej, ułomnej perspektywie. Dobijamy się tylko (bądź: aż) do pełni prawdy o sobie samych, o celach osobistego życia, o szansach na uzyskanie religijnie pojętej nieśmiertelności. Język sztuki w tym na ogół pomaga.

Problemem jest natomiast aktorskie (i chyba w ogóle każde twórcze) uczestnictwo w artystycznych przedsięwzięciach, których wymowa godzi w moralność, prawo naturalne czy – w naszym kręgu kulturowym – ewangeliczny styl życia. Oczywiście, decyzja w tej kwestii zależy od tego, jak rozumie się rzeczywistość i samego człowieka. Zła antropologia daje fałszywy ogląd świata i, co za tym idzie, trudną do przyjęcia wizję teatralną. Osobiście przyjmuję, że każdy z ludzi jest myślany i kochany przez Boga jako szczególny wyraz Bożej doskonałości, którą, w miarę swych uzdolnień, powinien realizować w swej codzienności, podejmując wolne i świadome decyzje. Wówczas świat będzie mu się przedstawiał jako miejsce „odgrywania” roli, wyznaczonej w Bożej idei o nim samym, a wyrażającej się różnorodnymi znakami.

A skoro tak, to ujmuję teatr jako sposób ludzkiego życia, ujawniający indywidualną osobowa „grę”, odsyłającą do Bożego reżyserskiego działania, po to nade wszystko, aby w porządku decyzyjnym człowiek (aktor, widz) mógł dokonywać wyboru prawdziwego dobra, niosącego piękno i szczęście.  Jeżeli jednak ktoś uważa moralność, etykę, wiarę za „cenny przeżytek”, wówczas sztuka będzie mu się przedstawiała jako kraina całkowitej wolności-dowolności; będzie obojętny na jej religijne aspekty, czyniąc z samego siebie jedyne „kryterium” wartości tworzonego dzieła. Wtedy jednak uczyni ze swej sztuki groźne narzędzie ideologicznego nacisku, a w najlepszym razie instrument taniej rozrywki, zahaczającej o niskie ludzkie instynkty.

Aktor  powinien więc wybierać wartościowe role, co nie znaczy tylko pozytywne w moralnym sensie. Może grać złoczyńcę, wroga Kościoła czy kogoś zafascynowanego ponad miarę erotyką, bowiem takie postawy należą do egzystencjalnego obszaru ludzkiego doświadczenia. Ważne pozostaje, by czynił to w formie artystycznie jak najbardziej doskonałej i by ogólna wymowa dzieła nie miała bluźnierczego charakteru, by otwierała przestrzeń sporu, wymiany racji i interpretacji, by nie prowadziła do zaniku u odbiorców poczucia prawdy i osobowej godności człowieka; by nie wpływała na rozbudzanie w nich emocji prowadzących do podejmowania działań, niszczących szeroko rozumiane dobro, także to społeczne.

Aktor może więc z czystym sumieniem grać czarny charakter w sztuce czy filmie, który pobudza do poszukiwania dobra i piękna?

Ależ oczywiście. Proszę zauważyć, że takie role wymagają sporych umiejętności i są trudne, gdyż ich, by tak powiedzieć, psychologiczna przestrzeń utkana jest ze skrajnych afektów, urazów i granicznych przeżyć. W dziełach Dantego, Szekspira czy Tołstoja występują czarne charaktery, ale przecież toczy w owych arcydziełach spór o najbardziej fundamentalne sprawy życia, narodowego samostanowienia, sensu cierpienia, miłości, ofiary; Wojna i pokój  to płodny (i tragiczny zarazem) spór z zachodnią Europą upostaciowioną pod obrazem Francji.

Lecz co nader intrygujące: wspomniane dzieła, i wiele im podobnych, angażują odbiorców, pobudzają ich do refleksji, uwrażliwiają na podstawowe pytania, na które odpowiedzi nigdy nie są ostateczne. Gdyby tego nie powodowały, kwestie w nich przedstawiane nie byłyby naszymi dzisiejszymi sprawami i pozostawiałyby nas obojętnymi.  Treny Kochanowskiego, Dziady Mickiewicza, Lalka Prusa, Wesele i Wyzwolenie Wyspiańskiego, twórczość Leśmiana, Witkacego, Gombrowicza, Różewicza, Miłosza, Herberta, ks. Pasierba albo niesłusznie obecnie popadłej w czytelnicze zapomnienie Malewskiej, czyż nie świadczą o naszym narodowym charakterze, naszych ksenofobiach, kompleksach i nadziejach, nie wyłączając tych patriotycznych.

Pamiętajmy: kultura tworzy się w przekazie między pokoleniami. A ten przekaz to zawsze proces antropologiczny. Żyjąc współcześnie zastajemy pewne  kulturowe przesłania i na nie staramy się odpowiadać, poprzez ich niejednolite (bo różni jesteśmy) interpretacje.  Dlatego nie ma i być nie może takiego samego modelu kultury. Kultura przekształca się w odbiorze dokonywanym przez niepowtarzalnych, wciąż nowych ludzi, którzy ponawiają zasadnicze pytania, postawione już w tradycji. Wtedy też kultura żyje i pomaga żyć.

Są pośród nas też ci, którzy rujnują, niszczą, walczą w swej duchowej sferze z wartościami zastygłymi – jak przypuszczają – w polsko-ojczyźniano-religijnej  zbiorowej pamięci. Cóż, trzeba z nimi toczyć otwartą, poważną polemikę. Nikt z nas, przyznajmy, nie ma monopolu na jedyną drogę wiodącą do prawdy. Dopóki żyjemy, dopóki korzystamy z daru uczciwej rozmowy i wzajemnego otwarcia na odmiennie myślących, dopóki trwa dialog dopuszczający wszelkie możliwe punkty widzenia, dopóty nie tracimy swej ludzkiej godności i zarazem oznak słabości, ponieważ nie dysponujemy żadnymi absolutnymi szansami.

Naturalnie, my chrześcijanie szczycimy się Chrystusowym szlakiem wiodącym ku zbawieniu, podkreślamy znacznie religijnej wizji życia i sztuki, zakorzenionej w Biblii, Tradycji i kościelnej ortodoksji. Lecz nie powinniśmy jej nikomu narzucać, tylko ewentualnie do jej przyjęcia zapraszać, w osobistym świadectwie albo w dziełach (należy je tworzyć!) przesyconych religijna głębią.

Ale sztuka może być też gorsząca.

– Nie ma, jak się wydaje, nieszkodliwych dzieł sztuki. Ale na pewno jakaś książka czy nawet pojedynczy wiersz (np. ostatnio napisane przez Rymkiewicza teksty ojczyźniane czy okolicznościowo-patriotyczne) nie stają się nieszkodliwe przez to, że nikt nie poczuł się przez nich dotknięty, albo właśnie poczuł się wręcz obrażony. Wszystkie artystyczne dzieła oddziałują na uczuciowość odbiorców i wpływają na ich sposób postępowania, na ich etos.

Lecz jeśli w danym utworze nie wyczuwa się pulsu moralności, przyjętego w określonym pokoleniu obyczaju czy stanowionego prawa, także religijnego, kiedy nie zachodzi w nim integracja etyki z estetyką, wtedy moralność i religia stają się podatne na wpływ literatury, szerzej: sztuki. Tak właśnie dzieje się teraz, kiedy do głosu dochodzą najczęściej artyści wyzwoleni, zapatrzeni w swoje wewnętrzne miraże, niczym nieskrępowani, postulujący tylko jakąś prawdę lokalną, tymczasową, zaspokajającą doraźne potrzeby, albo głoszący jej całkowity brak. Ci, jak ktoś trafnie spostrzegł, mistrzowie pustki chcą się jedynie bawić, szokować, umieszczać własne zdjęcia na rozkładówkach popularnych gazet. Nie warto podążać za nimi. Sztuka bowiem może prowadzić albo do pomnażania dobra, także dobra wspólnego, albo sprawiać, że człowiek będzie bardziej wychylony w stronę tego, co złe, a co rodzi się wtórnie (celem działania jest zawsze dobro!) w różnych sytuacjach życia.

Tymczasem sztuka pozbawiona moralności jest diaboliczna, czyli rozrywająca, niszcząca materię życia. Hitler w młodości prawdopodobnie malował jakieś obrazy, był zapewne czuły na piękno, a jednocześnie skazywał miliony ludzi na śmierć. W jaki sposób pogodzić to jego podłe okrucieństwo z autentyczną miłością do sztuki? Nie znam prostej odpowiedzi. Można by Hitlera nazwać okrutnym estetą, który czerpał ze swoich dzieł rodzaj lubieżnej satysfakcji, na podobieństwo tych, którzy bezczeszczą hostie albo poniewierają znak krzyża. W każdym razie wzdrygamy się na takiego rodzaju „twórcze gesty”.

Z kolei sztuka oparta na wartościach moralnych jest symboliczna, czyli składająca, zbierająca w jedno materię życia, łącząca, to co odmienne. Ona zawsze sugeruje konieczność umacniania linii spajającej sztukę z moralnością, gdyż to stanowi o wielkości mowy arcydzieł, choć nie wolno mylić projektów artystycznych z wymogami moralnymi i sprowadzać sztuki do moralizatorstwa i pobożnych intencji.

Czasami oczekujemy, że życie aktora grającego rolę świętego czy kapłana powinno być również nienaganne.

– No tak, możemy mieć do czynienia z wybitnym utworem artystycznym napisanym przez kogoś, kogo życie jest, powiedzmy ostrożnie, moralne podejrzane, i możemy zetknąć się z tekstem najzupełniej  grafomańskim albo całkowicie zbanalizowanym autora, egzystującego wyjątkowo przykładnie. Wolę tę pierwszą sytuację.

A jednak w przeszłości aktorów grzebano za murami cmentarza…

– Relacje między teatrem a Kościołem były wyjątkowo zawiłe. Początkowo zabraniano duchownym uczestniczenia w spektaklach teatralnych. Uważano, że oddalają one od życia ewangelicznego. Potępiano repertuar, który gremialnie uznawano za demoralizujący z punktu widzenia nauki chrześcijańskiej, bo odciągał widzów od ewangelicznego modelu życia i kreślił przeciwną religii skalę aksjologiczną. Dopuszczano do obiegu jedynie, by użyć współczesnego terminu, ocenzurowane widowiska.

Równocześnie jednak wyrażano przekonanie, że sztuka teatralna przynosi wytchnienie, umożliwia chwile relaksu, że teatr jest w stanie uczyć ludzi, jak kochać Boga. Orygenes  podkreślał, że jesteśmy „osobami teatralnymi” i miał odwagę zachwycać się biblijną Pieśnią nad pieśniami jako utworem scenicznym. W takim ujęciu teatr integrował z religią, kierował w stronę „słowa świętego”.

Cóż, teatr nie musi powtarzać gestów ewangelicznym, ale może być traktowany jako „miejsce teologiczne”, zakątek spotkania człowieka z Bogiem, gdzie królują znaki osobowe, nastawione nie tylko na określony treściowy przekaz, ale też otwierają nowe sfery poznania, przeżyć i emocji, nie pomijając relacji społecznych.

Zatem nie należy przekreślać żadnej sztuki?

– To zagadnienie jest o tyle ważne, że podkreśla wartość ludzkiego myślenia, ludzkiej aktywności kulturowej. Bo to nie świat jest zły albo dobry. To ludzie i ich myślenie zmieniają świat z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami. Ludzkie czyny, również ich dzieła artystyczne, nasycają rzeczywistość dobrem lub złem.

Bezwarunkowo, wszyscy podlegamy perswazjom niesionym przez sztukę. Niemniej jednak mamy obowiązek pamiętać, że to piękno jest ostatecznym kryterium tworzenia i wartościowania sztuki, ale i każde poszczególne ludzkie sumienie. Jego światło buduje horyzontem, w którym powinniśmy podejmować decyzje. A jednym z ważnych zadań sztuki jest właśnie budzenie sumienia. Medytacja nad rzeczywistością, refleksja na tym,  co to znaczy być dobrym człowiekiem, jak należy porządnie żyć? Bo choć znana jest wskazówka: staraj się czynić dobro, unikaj zła, z samego tego stwierdzenia niewiele wynika. Funkcją sztuki jest to dookreślać, a każda próba dookreślenia powinna być poparta rozpoznaną wizją człowieka, przyjętą z rozmysłem hierarchią wartości. W ten sposób sztuka może pomagać ludziom unikać zła, a wybierać dobro, a piękno nade wszystko pobudza do czynienia dobra.

Czy popularne seriale, które mówią o zwykłych codziennych sprawach przekazują wartości ewangeliczne?

– Nie potrafię odpowiedzieć z całkowitą pewnością. Przypuszczam, że jeżeli pokazują w autentycznym świetle doświadczenie codzienności, wówczas odsłaniają wartości ewangeliczne, choć  niekoniecznie wprost. Problematyka dotycząca na przykład religii nie musi być pokazywana expressis verbis. Niektórzy twierdzą, że najbardziej religijne dzieła wcale nie posługują się terminami religijnymi, nawet rzadko pojawia się w ich świecie przedstawionym  słowo „Bóg”.  Będą jednak uczulać na ewangeliczne treści.

Są bowiem rzeczy, nazwałbym, przedewangeliczne, odwołujące się do ludzkiej natury.  Czyż należy dowodzić, że człowiek wybiera zawsze dobro-cel, nigdy zaś zło, które nie ma żadnej realności, będąc brakiem dobra?  Że na mocy urodzenia ma prawo do rozwijania swych ludzkich możliwości,  prawo do życia i zrodzenia potomstwa? Tego nie uzasadniamy. Przyjmujemy natomiast  i ufamy, że Bóg jest źródłem życia. Stąd też różne drogi do Niego prowadzą i czasami dzieła sztuki, jak np. obraz Rembrandta, na którym widzę pole, las i stary wiatrak jest tak skomponowany, że wzbudza we mnie uczucia religijne i odsyła do źródła piękna – Boga.

Sztuka może mieć zatem charakter świecki, ale mimo to odsyłać do Bożej Tajemnicy. Niewykluczone, że  tak jest z niektórymi serialami, które ukazują skomplikowaną prawdę codziennego życia, odsłaniają emocje i motywacje ludzi, umacniają wartości humanistyczne, zbliżają do tego, co święte rzecz jasna w sposób zapośredniczony. Nie oglądamy ich jednak zbyt gorliwie; raczej poszukujmy bardziej wyrafinowanych sposób radzenia z samymi sobą i otaczającym nas, ponowoczesnym światem.

 

„Idziemy” 2011 nr 52, s. 18-19.