Ks. Jan Sochoń

Wiersz wie ode mnie więcej

 
 
Z ks. Janem SOCHONIEM o samotności, płaszczu Jezusa i czeskim śnie
rozmawia Barbara GRUSZKA-ZYCH
 
 
Ks. Jan Sochoń
 
W wierszu z tomu „Podróż z magami” napisał Ksiądz: „Jezu mam ciało i odczuwam moc Twojego urodzenia w błocie”.
– Bo nie można zapominać, że mamy ciało. Dlatego istnieją dwa niebezpieczeństwa – z jednej strony ciało może być „podniesione” do rangi billboardu i przedstawionego na nim nieosiągalnego piękna, z drugiej możemy zupełnie o nim zapomnieć, tak jak to bywało np. w XIII wieku, kiedy uważano, że ciało, a co za tym idzie – związek kobiety z mężczyzną jest przeszkodą w spotkaniu z Bogiem. Manichejczycy powiadali, że materia uosabia zło. Dobrze, że w ciągu wieków dopracowaliśmy się w Kościele autentycznej teologii ciała. Jan Paweł II głosił, że małżeństwo kobiety z mężczyzną, ich fizyczna jedność, to również droga do Boga. Powołanie kapłańskie czy zakonne nie jest lepsze od małżeńskiego. Bo ciało, jak mówił nieżyjący ks. Janusz Pasierb, to teren naszego zbawienia.

A gdy cierpi?
– Nie mogę uogólniać, że cierpienie przybliża do Boga, choć sam przeżyłem go sporo z powodu choroby serca. Do tej kwestii trzeba przykładać indywidualne miary. Czasem ból jest tak ogromny, że człowiek o własnych siłach nie umie go włączyć w tajemnicę cierpienia Jezusa, czy ofiarować innym ludziom. Kiedy byłem młodym księdzem w podwarszawskiej parafii i odwiedzałem chorych, wielu z nich zaciskało usta i odwracało się do ściany. Za to moja mama Franciszka nie okazywała, że coś ją boli, choć była przewlekle chora na układ krążenia. Mówiła: „Muszę ukryć swoje cierpienie, ponieważ wiele ran Jezusa było ukrytych”. Natomiast mój ojciec – odwrotnie. Kiedy bolała go głowa, cała okolica wiedziała, że stary Sochoń cierpi.

Cierpimy z powodu osamotnienia.
– Do natury człowieka należy wychylenie ku drugiemu. Nie można być szczęśliwym w samotności, chyba że wybiera się taki sposób życia. Osamotnienie to skrajna sytuacja opisywana w dziełach Dostojewskiego, Szestowa, kiedy człowiek nie może porozumieć się z Bogiem, ze sobą, z innymi ludźmi. To sytuacja niezwykle dramatyczna.
Jak można wtedy pomóc?
– Z takim człowiekiem trzeba po prostu być. Tak jak z osobą chorą, której nie należy narzucać wielkich refleksji na temat sensu cierpienia. Wystarczy wziąć ją za rękę, pocałować, czy objąć. To są gesty podstawowe. Jan Paweł II pod koniec życia niewiele mówił, jednak nawiązywał porozumienie za pomocą wymownych gestów. Poza tym nasze oczy ujawniają to, co naprawdę przeżywamy. Na każdą część ciała możemy nałożyć maskę, tylko nie na nie.

Jak reaguje Ksiądz na dramatyczne zwierzenia w konfesjonale?
– Nieraz mam ochotę wyjść, objąć tę osobę i razem z nią pomilczeć, ponieważ niczym, oprócz modlitwy, nie da się odpowiedzieć na ból, dramat, niezasłużone cierpienie. Dla wielu opoką ateizmu jest istnienie zła lub niezawinionego cierpienia, zwłaszcza dzieci.

Ma Ksiądz na to jakąś odpowiedź?
– Mówię wtedy, choć brzmi to strasznie teoretycznie, że Chrystus nas zbawił przez cierpienie i że wszystkie drogi chrześcijaństwa spotykają się w cierpieniu.
Ludzkie życie bez cierpienia byłoby nieprawdziwe. To tak, jakby ktoś miał nadzieję na nieśmiertelność na ziemi. Simone de Beauvoir napisała kiedyś o tym powieść. Bez cierpienia nasze życie straciłoby sens, ponieważ nie bylibyśmy za nic odpowiedzialni, żaden nasz czyn nie pociągałby konsekwencji, bo i tak żylibyśmy wiecznie. Bycie człowiekiem to świadomość, jak to sformułował Heidegger, że od kołyski podążamy ku śmierci. Tym samym cierpienie jest jednym ze sposobów naszego istnienia. Mimo naturalnego sprzeciwu, ostatecznie trzeba się na nie zgodzić. Bo tylko wtedy akceptujemy siebie jako osobę ludzką, a nie kamień czy drzewo.

Lekarstwem na cierpienie wydaje się miłość.
– Nawet gdybyśmy kogoś nie wiem jak bardzo kochali, największa ludzka miłość nie zaspokaja najgłębszych tęsknot. Denerwują mnie zwłaszcza opery romantyczne, kiedy bohaterowie śpiewają, jak to kochają się tak mocno, że aż ich głosy stapiają się w jedno. To absurd, bo miłość nie polega na totalnym utożsamianiu się z osobą kochaną, ale na dawaniu siebie drugiemu. Żyjemy, unikając wysiłku, jakby na własne życzenie chcemy ulegać złudzeniom. Niedawno czescy artyści zrobili taki happening – ogłosili w prasie, że odbędzie się otwarcie największego marketu pod Pragą, a pierwszym kupującym obiecali nagrody itp. Zainteresowani przyjechali na zakupy, zobaczyli piękny obiekt, zaczęli do niego biec, a wtedy okazało się, że to tylko… makieta. Ten projekt nazwano „czeskim snem”.

Pociągają nas atrapy tego świata.
– Trzeba tak żyć, żeby nie dać się omamić „czeskim snom”. Bo za nimi nie ma nic takiego, co jest godne trudu. Nasze życie zostało tak przez Boga ukształtowane, że musimy je w trudzie budować. Nie Bóg tworzy fabryki i drogi, tylko my sami. Podobnie sami tworzymy własne życie duchowe. Na miłość też musimy zapracować. Ona przychodzi jako dar, ale trzeba ją pielęgnować, ponieważ na dnie każdego ludzkiego doświadczenia leży szczypta egoizmu. Z jednej strony życie jawi się jako zadanie, z drugiej widać, jak wiele jest wokół spraw nierozwiązanych, wobec których musimy być pokorni.

Czasem mamy odruch, żeby uciec od cierpienia.
– Trzeba patrzeć na Jezusa. Co On robił? Większość czasu spędzał na pomocy ludziom, wydobywał ich z różnych ciemności – fizycznych i duchowych. Uzdrawiał z gorączki, z paraliżu, a z drugiej strony dał się zaprosić na kolację, jadł i rozmawiał…

…a na dodatek nosił piękną szatę, o czym Ksiądz pisał w esejach.
– Tak, gdyby była brzydka, nie rzucaliby o nią losów. Lubił więc ładnie wyglądać. I docierając do wiernych, potrafił mówić w ich językach.

Poeta też używa różnych języków.
– Jan Paweł II używał języka katechetycznego, filozoficznego, teologicznego, a u podstaw tego leżało jego doświadczenie poetyckie. Ono było najważniejsze, bo właśnie na końcu wypowiedział się w poemacie medytacyjno-poetyckim „Tryptyk rzymski”. Największe tajemnice, dotyczące relacji międzyludzkich czy człowieka z Bogiem, dają się skrystalizować w języku poetyckim. On niczego ostatecznie nie nazywa, tylko odkrywa nieskończone warstwy tajemnic nieskończenie bogatego świata. Nasz doczesny świat to przestrzeń, w której możemy wędrować do Boga.

Pisanie jest też drogą.
– To ruch myśli, doświadczenia, słowa. Początek pisania to ruch wyboru słów z języka. Dar, którego nie można się nauczyć. Albo artysta potrafi pierwszym zdaniem stworzyć wiersz, a potem on się dzieje sam, albo nie odczuwa tego tajemniczego stanu.

Dziś w Polsce co drugi jest poetą.
– Dlatego, że obecna kultura jest globalna i medialna. Tworzymy kulturę odbitek, a – jak mówią graficy – wartość mają tylko pierwsze. Na szczęście potrafimy odróżnić dobry wiersz od złego.

Czy pisanie wierszy jest dla Księdza rodzajem ewangelizacji?
– To przedłużenie mojej pracy duszpasterskiej. Jak mówiła moja przyjaciółka, znakomita poetka Anna Kamieńska, teolog czy ksiądz bez wrażliwości poetyckiej jest jednooki, jednouchy, czyli kaleki. Bo w żywioł spotkania człowieka z człowiekiem musi wejść żywioł piękna. A piękno to Bóg.

Czym jest dla Księdza pisanie wierszy?
– Jeśli je piszę, to znaczy, że wszystko ze mną dobrze. Nie piszę ich w stanie wewnętrznego napięcia, niepokoju czy świadomości, że zgrzeszyłem. Ci, co mnie znają, na wyznanie, że nie piszę, reagują pytaniem: „Stało się coś złego?”. Poza tym przez wiersze lepiej siebie rozumiem. Wiersz wie więcej ode mnie, odkrywa mi coś. To też rodzaj autoterapii. Człowiek czuje się spokojniejszy, że wyraża swój duchowy świat, a przez to nawiązuje więź z czytelnikiem. Żyjemy w świecie, w którym zanika rozmowa twarzą w twarz, na rzecz esemesów, telefonów. A przez telefon nie można powiedzieć najważniejszego.

Napisał Ksiądz monografię księdza Popiełuszki. Czy przyszły błogosławiony czytał wiersze?
– Jurek początkowo nie był wrażliwy na literaturę. Lubił historię, geografię, ale tak naprawdę to intrygowały go gadżety techniczne. Uwielbiał motory, rowery, radia, to były czasy, że nie było nowinek, a jak na coś trafił, iskrzyły mu się oczy. Jednak kiedy na Żoliborzu został kapelanem „Solidarności”, uczestniczył we Mszach za ojczyznę, podczas których Maja Komorowska, Małgorzata Braunek, Maciej Zembaty czytali wiersze Miłosza. I wtedy Jurek pisząc swoje kazania, zaczął korzystać z wielkiej romantycznej poezji. Czytał wiersze Norwida, Mickiewicza, Słowackiego. Czasem mu się zdarzało ich pomylić, tak że przy redagowaniu jego pism musiałem to prostować. A nawet niektórzy uznani poeci przynosili do niego swoje wiersze z prośbą, żeby wkomponował je w swoje kazania. Znał się z Basią Sadowską, z jej synem Grzegorzem Przemykiem. Przebywając z nimi, uwrażliwiał się na literaturę.

Na przywódcę duchowego wyniosło go społeczeństwo.
– W tamtych czasach przeciętny Polak nie mógł wykrzyczeć protestu przeciw władzy, a on miał szansę, żeby robić to w imieniu milionów. To wymagało ogromnej odwagi i determinacji. Był cherlawy, chorowity, nie miał talentów organizacyjnych, ale otaczało go grono inspirujące, by wypełnił to zadanie. Znałem księży, którzy mówili, że kaktus im wyrośnie na dłoni, jeśli Jurek zostanie świętym. Bo raz się gdzieś spóźnił, to znów zaspał. Ale to są rzeczy z perspektywy męczeństwa nieistotne. Święty to ten, kto swoim życiem potwierdził ewangeliczną drogę Jezusa i był Jego prawdziwym świadkiem.

Trudno dziś być księdzem?
– Teraźniejszy świat przypomina czasy pierwotnego Kościoła, kiedy św. Paweł ruszał na podbój ewangelizacyjny i spotykał wrogie środowiska. Dziś też na świecie zabija się katolików, a i w Polsce chce się wyrugować Kościół z życia. Kiedy studiowałem w Paryżu, księża mówili: „Może pójdziemy do metra, żeby znaleźć wiernych, bo w parafii nie ma ludzi”. Nikt nic od nich nie chciał, a to najgorsze. Kościół przetrwa, ale może się skurczyć do garstki wiernych, idących za kapłanem – jak kiedyś za Abrahamem wędrującym przez pustynię.

 

Gość Niedzielny, 02/2012