Tegoroczną Wielkanoc znowu przeżywamy w aurze bolesnej i niezrozumiałej agresji Rosji na Ukrainę, wojny (prewencyjnej?) na Bliskim Wschodzie, rozszalałej rozgrywki wielkich mocarstw o panowanie nad światem, połączone z agresywną przemocą, która zdaje się zastępować sprawiedliwość. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że pierwszą ofiarą działań wojennych jest zawsze prawda, zagruzowana przez oszczerstwa, kłamstwa i informacyjne fałsze. Jakby zapomniano o przestrodze Immanuela Kanta, że naruszenie prawa w jednym miejscu na ziemi odczuwane jest we wszystkich innych. Dlatego zastanawiamy się: czy współczesność wymusza jeszcze na nas konieczność odnajdowania trwałych punktów odniesienia natury moralnej, religijnej, społecznej? Jesteśmy w większości katolikami, o jaśniejącym w sercach płomyku wiary, raz silniejszym, innym razem niemal dogasającym, ale stale zamieszkującym naszą osobowość. Oznacza to, że każdy aspekt codzienności wiążemy z Bogiem, którego wtargnięcie w ziemską historię uczyniło z niej historię zbawienia. Mamy więc poniekąd obowiązek własne wybory egzystencjalne wiązać ze słowem Starego i Nowego Testamentu, które razem tworzą ramę antropologiczną rzeczywistości, w której żyjemy.
Chrześcijańska duchowość paschalna
Chrześcijaństwo zaproponowało światu odpowiedzi na pytania, które kultura przedewangeliczna wprawdzie postawiła, ale na które przekonująco nie odpowiedziała. Dopiero poprzez Wcielenie Bóg dał się poznać człowiekowi, przedstawiając się jako byt żywy, osobowy, któremu zależy na szczęściu swojego stworzenia i który w Chrystusie zapewnia mu szansę osiągnięcia zbawienia. Czyni to jednak w sposób przez samego siebie zaproponowany. Jezus wystąpił jako Mesjasz, który świadomie wybrał cierpienie i śmierć krzyżową – co stanie się wielkim zgorszeniem dla żydowskiego społeczeństwa (czy tylko dla niego?) – żeby w tajemnicy Zmartwychwstania ustanowić „nowe niebo i nową ziemię”, zatem Nowy Świat. Wyznawcy Mistrza z Nazaretu uznają to wydarzenie za najważniejszy moment w historii kosmosu, który niektórzy (Jean-Luc Marion) porównują do wybuchu bomby atomowej, pozostawiającej wypalone dziury i cienie na murach – wraz z nieznośnym promieniowaniem. Właśnie to „promieniowanie” pozostaje ważne.
Toteż o tych sprawach wypowiadamy się najpewniej w języku wiary, czyli w języku miłości, rozumiejąc, że zmartwychwstanie od strony osobowego i kochającego Boga nie tylko jest pełne sensu, ale pozostaje prostą konsekwencją Jego szczerej miłości. Słyszymy więc ponownie wielkosobotnie orędzie światła ze świadomością, że to, co się dzieje teraz ze światem, wpływa na nasz sposób myślenia, działania. Żyjemy już w innej rzeczywistości niż kilkadziesiąt lat temu. Może nawet niektórzy z nas odsłonili w sobie obszary dotąd nieodkryte, dzięki którym znika z ich oczu to, co jest błahostką, drobnym egoizmem, wygodą poprawności politycznej. Nie zważają na własne potrzeby czy zachcianki – uwagę kierują tam, gdzie oczekuje się wsparcia. Czynią tak, ponieważ nie chcą skazywać się na obecność poza mądrą i empatyczną wspólnotą.

W związku z powyższym, czy zmieniło się dzisiejsze doświadczenie Wielkiej Nocy? Przypuszczam, że tak. Zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać pewną żywą warstwę, z której istnienia dotychczas nie zdawaliśmy sobie sprawy. To bardzo czuły stan naszego ducha, który nie daje zapomnieć, że rujnują nas odstępstwa od Bożych miar i Bożych przykazań, zwłaszcza wojny i niemal powszechna niezgoda, bez przerwy podszywana ideologiczną propagandą. Bywamy bezradni, zwłaszcza kiedy zjawiają się sytuacje graniczne. Wówczas zajmują się nami inni ludzie, w szpitalach, w domach opieki, podczas trudów choroby. Czy dźwigając na ramionach taki ciężar, potrafimy odczuć nowe życie? Czy umiemy dostrzec, że owe przeżycia są przygotowaniem do spotkania pełniejszej miłości? Ktoś natychmiast mi powie, że być może tak jest, ale nie wszyscy odkrywają powiew tej miłości, przytłoczeni utratą, żalem, cierpieniem nie do przebolenia, pustką po porzuconej ufności.
Przyjmuję tego rodzaju reakcję, ale równocześnie otwieram pole myślenia związanego z wyrazem „pascha”, który pochodzi od hebrajskiego rzeczownika pesach oznaczającego „przejść obok”, „przejść nad” lub „ominąć”. Księga Wyjścia opisuje chwilę, kiedy Bóg powiedział Mojżeszowi: „Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską” (Wj 12,13). Przyznaję, niezbyt to jasne, choć w świetle Nowego Testamentu okazuje się godne rozważnej refleksji: krew baranków, którą Izraelici posłużyli się do naznaczenia swoich domów, była zapowiedzią Najświętszej Krwi Baranka Bożego – Jezusa Chrystusa – którego Krew na Krzyżu wybawiła ludzkość od śmierci wiecznej. W ten sposób słowo pesach, odnoszące się do historycznej celebracji (święta) żydowskiej paschy, w języku greckim stało się paschą dla określenia zbawczego wydarzenia, jakim jest śmierć Chrystusa i Jego zmartwychwstanie. Bóg Ojciec patrzy bowiem na każdego ze stworzeń poprzez pryzmat Najświętszej Krwi swojego umiłowanego Syna i w ten sposób omija ich śmierć wieczna spowodowana przez grzech. Rozumiemy więc, że to przejście (pesach) mieści w sobie zasłoniętą łaskę, dar niełatwy do należytego wysłowienia, możliwy jednak do duchowego uobecnienia. Dlatego nie mówmy: „A myśmy się spodziewali”.
W śmierci dokonuje się zmartwychwstanie
Świętujemy coś niesłychanego: Chrystus pokonał śmierć i wybawił ludzi z wiecznego nieszczęścia. W śmierci, bo jakże inaczej, dokonuje się zmartwychwstanie. Nie oznacza to, że ponownie uzyskamy od Boga swoje fizyczne ciało; raczej powiedziałbym, że w śmierci cały człowiek ze swym konkretnym doświadczeniem i historią otrzymuje od Boga nową przyszłość, niemożliwą zresztą do wyobrażenia, jako że znamy tylko parametry czasu, w którym żyjemy. Lecz, jak sugerował Tomasz z Akwinu, kto z ludzi szlachetniej kochał, ten znajdzie się w intensywniejszej bliskości z Umiłowanym. Wszak stan „jedności z Bogiem” nie niweczy ludzkiej natury. Pozostanie ona taka sama, choć udoskonalona. To będzie zmartwychwstanie całej historii, z wyjątkiem egoizmu i grzechu, które nie mieszczą się w miłości. Usiłujmy tę prawdę uczynić własną, to znaczy zobaczyć, jak w życiu każdego z nas przejawiają się Boże dary. Nie jest to łatwe, ponieważ obecne czasy nie sprzyjają tego rodzaju zamiarom. Wciąż ktoś nas poucza, proponuje zyski i łapówki, nie wyłączając namów literatury i sztuki, abyśmy jak najprędzej wyrzucili z własnej wrażliwości Jezusa Zmartwychwstałego.

Oczywiście, wszyscy tworzący Kościół są słabi, lecz właśnie czas Zmartwychwstania jest najstosowniejszy, by ujrzeć siebie we właściwym świetle. Kamień wszakże został odsunięty. W grobie nie ma Chrystusa. To zarazem fakt historyczny i przedmiot wiary. Dziejowe jest świadectwo apostołów, którzy stwierdzili, że widzieli Chrystusa żywego już po śmierci krzyżowej. Zapewne zdołali ustalić zaledwie dwie sprawy: pusty grób i coś, czego nie można określić jako ukazanie się Chrystusa zmartwychwstałego, lecz pojawienie się kogoś, kto stanął przed nimi i w którym nie dostrzegli jeszcze żywego Jezusa. Gdyby Go natychmiast rozeznali, mielibyśmy do czynienia z przypadkiem ożywienia ciała zmarłego człowieka. Tymczasem Apostołowie stwierdzili najpierw czyjąś obecność, dla Magdaleny był to ogrodnik, dla pielgrzymów z Emaus – podróżny… i dopiero potem, przez akt wiary, ujrzeli w tym kimś tego, z którym wspólnie przeżyli trzy lata i którego byli uczniami.
Wówczas stało się coś dającego wielce do myślenia. Bezspornie, ale nie dla wszystkich. Niektórzy bowiem przekonują, że znaki świadczące o tajemnicy Zmartwychwstania (pusty grób, ukazywanie się Chrystusa) są kruche, gdyż niewiara działa na znaki w taki sposób, że pozbawia je znaczenia. Wiara natomiast chce rozjaśniać ich logikę oraz spójność. Niewierzący będzie patrzył na wydarzenia wielkanocne, jak na wymyśloną przez ludzi opowieść, a pojawianie się Chrystusa po Zmartwychwstaniu, określi mianem autosugestii lub zbiorowej halucynacji. Jedno pozostaje w tej kwestii ważne: jeżeli nie uznamy sensu jakiegoś faktu, łatwo się on dla nas rozmywa; nieznajomość sensu prowadzi do zatarcia się samego wydarzenia.
Znaki domagające się wiary
Niemniej jednak i ludzie wierzący niekiedy przyjmują, że pusty grób sam przez się stanowi dowód Zmartwychwstania, jak gdyby to, że Jezus ukazywał się po swoim Zmartwychwstaniu, unieważnia sam akt wiary. Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć, że Jezusowe zwycięstwo nad śmiercią podlega w pełni prawom zmysłów i historii. Taki Bóg byłby Bogiem wykreowanym przez człowiecze marzenia, podszyte pogańskim folklorem. Powiedzmy więc wyraźnie: Zmartwychwstanie nie może być baśniowym wydarzeniem pewnym dla naszych oczu, lecz należy je pojmować jako szereg znaków domagających się głębokiej wiary. Nie warto też wiązać go z określonym „obrazem świata”, gdyż wówczas musielibyśmy w sposób konieczny włączyć działanie Boga w ramy ziemskich rzeczywistości, które uzyskałyby wymiar absolutny.
Kiedy apostołowie rozpoznali Jezusa, On zwrócił ich myśli ku przyszłości, powierzając im zadanie: mają budować wspólnoty wiernych i rozszerzać ich granice. Poddawać się prowadzeniu przez Ducha Świętego. Bo rozkwit i rozrastanie się Kościoła są o wiele większym objawieniem się Jezusa zmartwychwstałego aniżeli Jego ukazywania się. Żeby jednak „to wszystko” przyjąć, musieli przeżyć trudne dni poprzedzające Wielkanoc: Ostatnią Wieczerzę, wzruszające obmycie nóg, przeszyte Jezusowym przeczuciem straszliwej śmierci i splątaną z owym domysłem nadzieją, że dążenie ku kresowi życia jest wzrastaniem ku szczęściu nieba, zdradę Judasza, zaparcie się Piotra, strach i niepewność w Wieczerniku.
Podobną drogę przemierzamy i my, obecnie, rozumiejąc, że Jezus uczynił coś absolutnie łaskawego i uszczęśliwiającego. Pozostawił światu zobowiązujący testament: Eucharystię, będącą bezkrwawym sakramentalnym powtórzeniem Jego ofiary. W latach 30. ubiegłego wieku ksiądz Henryk Kazimierowicz, wierny przyjaciel Witkacego, duszpasterz, pisarz, religioznawca i propagator psychoanalizy, zamęczony przez nazistów w sierpniu 1942 roku w zamku Hartheim w Alkoven koło Linzu, spełniającym wtedy już tylko rolę „pieca dla KL Dachau”, kategorycznie zaznaczył, że bez Eucharystii nie ma katolicyzmu. Kościół egzystuje dla Ciała Chrystusowego, mistycznego (wierni) i rzeczywistego (Eucharystia), a katolicka teoria i praktyka Eucharystii wyzwala i zadowala lepiej pęd życiowy człowieka aniżeli wszystkie odłamy protestantyzmu. I dodawał, w aurze nieco poetyckiej, że Eucharystia to pocałowanie się Bożej mądrości z przedziwną Miłością, jako arcydzieło Bożego znawstwa psychoanalitycznego. Wskazywał, że katolicy kochają ten sakrament, ponieważ dostrzegają w cierpieniu i wyniszczeniu Chrystusa samych siebie i dzięki temu nie odczuwają tak tragicznie dramatu osamotnienia. Obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina, i to obecność wciąż dostępna, sprawia, że zdobywają głęboką świadomość własnej wartości, przeżywając dumę z tak nieoczekiwanego wyróżnienia.
Uczniom Jezusa – podobnie, jak wielu współczesnym – nie było łatwo zaakceptować tę prawdę. Trzeba było wielkiej pracy ich ducha, aby mogli przyjąć, że powinni stale czuwać, oczekując nastania Królestwa pokoju. Że zakosztują wielu przeciwności, aż dojdą do źródła osobistej mocy: Jezusa, który jest blisko i który wymaga aktywności tu i teraz, nie zaś wpatrywania się w jakąś utopijną przyszłość. Trzeba tedy z miłości uczynić oręż jedności z Bogiem i z ludźmi. Tam, gdzie nie było miłości, Jezusowa miłość oddała siebie, siebie zasiała i z obumarłego ziarna zrodziła się miłość zbawcza. Przedtem jednak musiały nastąpić wydanie Mistrza w Ogrójcu, uwięzienie, proces, biczowanie, Golgota i śmierć.

Sakrament nadziei
Widzimy pusty grób Chrystusa. Dlaczego pusty? W Nim bowiem wszystko było ofiarą, dziełem miłości, dobrowolnym darem z siebie. Nasze groby nie są opustoszałe, gdyż jesteśmy grzesznikami. A jednak istnieje w nas prawdziwe życie, bo byliśmy w stanie obdarzyć kogoś miłością, podejmowaliśmy wysiłki prowadzące ku dobru, umieliśmy przebaczać i prosić o przebaczenie – oto część nas, która zmartwychwstaje. Nie sugerujmy też, że po śmierci pozostają wyłącznie zwłoki. Gdyby rzeczywiście tak było, nastąpiłoby piekło, czyli niekończące się upodobanie we własnym „ja”. Tymczasem nie wchłania nas kosmiczne koło odwiecznego ruchu, wchodzimy natomiast w nowy stan bycia, mogąc już rozpoznawać Boga w Jego chwale, kochając tak, jak On kocha. Nie będziemy kimś innym, będziemy sobą, którzy stali się inni. Przebóstwieni zobaczymy Boga, bezgranicznie rozradowani tym imponującym aktem poznawczym, wzmocnionym łaską miłości – sakramentem ukrzyżowanej nadziei.
ks. JAN SOCHOŃ