Chwalebne łzy Maryi – La Salette w horyzoncie duchowości i filozofii Jakuba i Raissy Maritainów

•

We wrześniu 1846 roku czyli 180 lat temu rozpoczęły się maryjne objawienia w La Salette w Alpach Delfinackich. Na stronach Teologii Politycznej Co Tydzień znajdziemy kilka esejów dotyczących przesłania Matki Bożej sprzed prawie dwóch stuleci. Prezentujemy tekst ks. Jana Sochonia ukazujący intelektualno-duchowe interpretacje przesłania Pani z La Salette. Zapraszamy do lektury:

Uwagi wprowadzające

Odnośnie problematyki poruszanej w tym eseju, warto potraktować dokonania duchowo-intelektualne Jakuba i Raissy Maritainów jako jeden zestaw treści domagający się rozpoznania i zinterpretowania. Zapewne w kwestiach niesionych przez codzienność małżonkowie mogli się od siebie różnić, lecz dogłębna chęć poznania prawdy, nawrócenie w obrządku katolickim, małżeństwo po dwóch latach narzeczeństwa w 1905 roku i przyjęcie chrztu 11 czerwca 1906 roku, więź z myślą Tomasza z Akwinu, żarliwa miłość do Kościoła – wszystko to zbliżyło ich do siebie w sposób nierozerwalny, wręcz godny podziwu. Poznawszy się w Paryżu, który z biegiem czasu stał się ich „ukochaną przestrzenią”, mając za sobą dramatyczne i egzystencjalnie bolesne doświadczenia młodości, zaniepokojeni naporem pozytywistyczno-materialnej wizji rzeczywistości, pozbawieni jasnego, nieogołoconego z ułud świtającej nowoczesności i ciężarów I wojny światowej, celu życiowego, stali się wszakże dla samych siebie wsparciem, pielęgnując nadzieję, że definitywnie nie zagubią się w narastającym poczuciu kryzysu cywilizacyjnego, jaki ich zdaniem narastał niemal z dnia na dzień.

Ocalenie i spokój odnaleźli w żywym doświadczeniu kontemplacyjnym, w harmonijnym porządku dnia, którego duchową strukturę budowało uczestnictwo w liturgii, prywatna modlitwa, nawiedzanie Najświętszego Sakramentu, praca i lektury tekstów filozoficznych i teologicznych, zwłaszcza Summy teologii.

La Salette i Leon Bloy

Istotną rolę w ich rozwoju odegrała szeroka wspólnota przyjaciół, których wielu przeszło niezwykłą drogę prowadzącą przez meandry słabości moralnych, gorzkiego pesymizmu, scjentyzmu i dyletantyzmu, mętnego, lecz bardzo szlachetnego socjalizmu, dreyfussizmu, antyintelektualizmu, wreszcie militaryzmu, aż do przyjęcia prawdy objawionej, wiary w odkupieńczy sens Chrystusowej męki krzyżowej oraz tajemnicę Zmartwychwstania. Leon Bloy, Ernest Psichari, Charles Péguy, Georges Rouault, Henri Ghéon, nie licząc osób duchownych chociażby ojca Humberta Clérissaca – otóż ci właśnie ludzie w wieloaspektowy sposób zaważyli na sposobie myślenia i stylu życia Maritainów. Były to charaktery oryginalne, nieco neurotyczne, o zdwojonej wrażliwości, w pewnych przypadkach prowadzącej do niesprawiedliwych wypowiedzi czy osądów dziejących się wydarzeń, pisarze i artyści nienasyceni w poszukiwaniu sensu bycia i prawdy, która odpowiadałaby wewnętrznej prawdzie wiary chrześcijańskiej, do której dochodzili nieraz bardzo niepospolitymi duktami[1].

Pośród nich, już od dnia budowania przez Maritainów osobistego zrębu światopoglądu chrześcijańskiego, a więc w pierwszych latach XX wieku, węzłową rolę odegrał Leon Bloy, który miał stać się dla nich, po początkowym wpływie Bergsona, drugim światłem przewodnim. O nim to Raissa napisała, że „życie wyrzuciło go na nasz brzeg, jak olbrzymi, tajemniczy, legendarny skarb”[2]. Najpierw z racji jego książek, szczególnie Ubogiej (La femme pauvre), powieści, która nie przypominała żadnej innej i która dosłownie olśniła Maritainów, wnosząc w ich doświadczenie duchowe nieskażoną żadnym ideologicznym brudem rzeczywistość chrześcijańską, z niewiarygodnym, jak się wtedy małżonkom wydawało, niemal prorockim przesłaniem: „Jest tylko jeden powód do smutku: nie być świętym”[3].  

Później, gdy zapoznali się z dziennikiem Bloya, gwałtowna, zdolna do skrajnych ocen i nieobiektywnych opinii, rozgorączkowana osobowość tego „pielgrzyma Absolutu” ujawniła się przed nimi w całej okazałości, poznali nie tylko wielkość i ogrom jego duszy, ale również jego rzeczywiste ubóstwo i powszedni ból. Wtedy potrafili już oddzielić to, co w nim było buntem i szaleństwem, od tego, co miało źródło w tajemnicy łaski i szczerej, porywczej wiary. Zrozumieli, ileż musiał on wycierpieć, ileż znieść hańbiącej biedy i upokorzeń, żeby, porzuciwszy szaty zaciekłego agnostyka i antyklerykała, stać się – dzięki wsparciu pisarza Barbey d’Aurevilly’ego – katolikiem, „religijnym plakatem”, jak sam to nazwał, przybitym do drzwi Kościoła Jezusa Chrystusa.

Faktycznie, tak właśnie było, gdyż pojawiające się niemal co rok książki Bloya powodowały spore poruszenie i polemiki, ale on nie przywiązywał do tego faktu żadnego znaczenia. Zależało mu jedynie na tym, żeby to, czego sam doświadczył w wierze, mogło się stawać udziałem innych ludzi. Toteż przez jakiś czas prowadzi życie pobożnego wędrowca-pielgrzyma, gorliwie świadcząc o zbawczym dziele Chrystusa, na podobieństwo człowieka całkowicie ogarniętego nieposkromioną pasją ewangeliczną. Owa pasja doprowadziła go w 1879 roku do sanktuarium La Salette, wioski ukrytej wśród gór, na którymi góruje ośnieżony szczyt Obiou, należącej do diecezji Grenoble, w południowo-wschodniej Francji. Tam właśnie 19 września 1846 roku na górze La Salette dwojgu pastuszków Maksyminowi Giraud i Melanii Mathicu (bądź też Calvat) objawiła się Maryja – w czasie pierwszych nieszporów święta Siedmiu Boleści Matki Najświętszej – z przesłaniem nazwanym później „tajemnicą La Salette”. 

Dotychczasowe zmagania i żałości Bloya wypada tedy uznać za swego rodzaju przygotowanie ewangeliczne (praeparatio evangelica) nie tylko do przemiany dotychczasowego sposobu bycia, ale i zaczynu życia ściśle religijnego i artystycznego, jak również tworzenia indywidualnego spojrzenia na objawienie w La Salette. Dzięki namowom ojca Emiliena Tardifa, kanadyjskiego misjonarza, zakonnika i charyzmatyka, zainteresował się on Biblią, jej metaforyczno-biblijnym obrazowaniem, siłą przekazu poetyckiego. Postanowił wykorzystać odkryte talenty pisarskie w służbie ewangelizacyjnej. Zachęcony przez wspomnianego opiekuna napisał książkę o wizjach na sławnej górze, której, jak uważał, dotknęły stopy Królowej Proroków i gdzie Duch Święty wypowiedział Jej ustami najwspanialszą pieśń, jaką ludzie usłyszeli od czasu Magnificat[4]. Wyraził w niej niekłamany zachwyt dla Melanii, „mieszkanki Raju, zmuszonej żyć na ziemi”, widząc w niej jedną z największych charyzmatyczek wszystkich czasów.

La Salette jako nowa Kalwaria 

Dosyć raptowny i jawnie egzaltowany język tej wypowiedzi zaniepokoił wielu, gdyż przywoływał wizerunek Boga mściwego, zapalczywego, niosącego straszliwe kary na ludzkość, która nieposłuszna Maryi z La Salette, sama niejako wznosi każącą rękę Chrystusa. „Symbolika łez” umożliwiła Bloyowi przedstawienie też Boga jako porzuconego przez ludzi, w tym przez chrześcijan, gdyż chrześcijaństwo przybrało charakter „urokliwy”, „rozczulający” i „słodziutki”. Dlatego z przejmującą wyrazistością zasugerował, że nie wiedząc, co dalej robić, Maryja musiała zejść na Ziemię, tym bardziej, że pozostaje Ona „chwałą Boga”. Tego rodzaju zdania wynikały z rozpoznania przez Bloya dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazł się świat, w którym żył i że sprawa jest bardzo poważna[5]. Łzy Maryi potwierdzały, w jego mniemaniu, zasadniczą konieczność i wartość cierpienia, poza którym trudno wyobrażać sobie jakąkolwiek więź z Chrystusem, co zresztą potwierdzał sam pisarz własnym doświadczeniem egzystencjalnym i przeżyciami o zabarwieniu mistycznym. Z tej racji odczytywał La Salette jako wydarzenie na wzór Kalwarii, gdzie mamy do czynienia z napięciem budowanym przez ofiarę, modlitwę, ekspiację i pokutę za Francję i cały świat. To, co przepowiedziała Maryja (wojny, kataklizmy, głód, kryzys Kościoła) ma się stawać w historii, w którą bez przerwy – dając znaki – wkracza Bóg i będzie to sposobnością do uświadomienia sobie, że oto nadchodzą czasy ostateczne. Bloy, jak się wydaje, nie mógł oderwać się od przeświadczenia, że głos Maryi brzmi wyjątkowo apokaliptycznie, wprowadzając człowieka w niezwykły dramat duchowy, w którym objawienie, grzech, strach i nadzieja stykają się ze sobą w porządku ściśle egzystencjalnym. Zyskał przekonanie o nieuchronności katastrofy ludzkiej rzeczywistości, poddanej Boskiemu osądowi, powtarzając niejako starotestamentalną postawę proroków-widzących.

La Salette w opcji osobistej oraz metafizycznej

Maritainowie, wiedząc, że Bloy bywał niekiedy bezlitosnym pamflecistą, złośliwcem i pyskaczem, ale pozbawionym niewdzięczności i pychy, zaakceptowali go w swym chrześcijańskim braterstwie. Dostrzegli w nim nie tyle pobielały grobowiec na wzór faryzeuszów wszystkich czasów, ile raczej zwęgloną od płomieni, poczerniałą katedrę[6]. W czerwcu 1906 roku przejęli od niego fascynację objawieniem w La Salette i zjawiskiem „melanizmu”, które za jego sprawą stało się głośne i nieustannie komentowane (negatywnie i pozytywnie), nie tylko w kręgach kościelnych[7]. Ich poglądy w tej kwestii z biegiem studiów i lektur stawały się coraz bardziej pogłębione. Z dalszej perspektywy czasowej wypada stwierdzić, że powody tej zmiany miały charakter osobisty i filozoficzny. Sam Maritain przecież miał świadomość ważności odziaływania Bloya na własne doświadczenie religijne, który zalecił jego żonie, żeby modliła się do Maryi z La Salette. Późniejsze wyzdrowienie Raissy z choroby przeżyli wspólnie jako wielką łaskawość nieba.

Natomiast pielgrzymka na świętą górę stała się punktem odniesienia w wielu sprawach duchowych i teologicznych, które nawiedzały ich płomienne umysły. Ulegli urokowi samego miejsca, któremu obcy był handlowy entourage Fatimy czy Lourdes, natomiast surowość, cisza i majestat rdzawych szczytów i samej góry pokrytej różnobarwnymi kobiercami kwiatów sprzyjał skupieniu i medytacji. Ten właśnie akcent wewnętrznego doznania wypunktowywał Maritain w swoich wspomnieniowych zapisach, najpierw w Carnet de notes, a później w sposób bardziej uporządkowany w Mémoire sur La Salette, traktacie ukończonym  w 1917 roku, liczącym około 700 stron[8]. Pisał wówczas, a był to czas I wojny światowej, przede wszystkim o własnych odczuciach duchowych, o „słodkim smaku Ducha Świętego”, ale najmocniejsze i najtrwalsze wrażenie wywołała w nim Matka Boża jako „Płacząca Dziewica” (Celle qui pleure), która rozpacza z powodu ludzkich grzechów i cierpień wywoływanych przez owe grzechy. O tym płaczu, zaznaczał, świat nigdy nie przestanie rozmyślać i nad nim medytować, tym bardziej że działania i skutki I wojny światowej sprawiły, iż przesłanie La Salette stało się dla Maritaina rozpaczliwie aktualne, mające wartość ponadczasową.  

Z jednej więc strony Maritainowie przyglądali się osobistym przeżyciom duchowym, wywoływanym przez objawienie w La Salette oraz treściom przekazywanym przez Maryję dwojgu dzieciom, lecz z drugiej strony postanowili je krytycznie interpretować w opcji nade wszystko metafizycznej, przechodząc niejako z poziomu prywatnego na poziom wysiłku intelektualnego. Problem maryjny włączyli w porządek filozofii chrześcijańskiej, by z perspektywy tak zarysowanego punktu widzenia rozważać sprawę teologii cierpienia i zła, współcierpienia Matki Bożej z Chrystusem i ludzkością, rozumienia i sensu cierpienia w świecie stworzonym przez dobrego Boga, relacji między rozumem a wiarą, objawieniem biblijnym a objawieniem prywatnym. Chcieli badać wydarzenia z La Salette jako zagadnienie historyczne, teologiczne i epistemologiczne.

Filozoficzna wymowa łez Maryi

Maritain był najgłębiej przekonany o tym, że aktywność intelektualna pozbawiona zaplecza duchowo-religijnego pozostaje jedynie martwą literą. Chcąc przeto rozpoznać tajemnicę objawienia w La Salette, odwołał się do filozofii wewnętrznie zgodnej z wiarą chrześcijańską, korzystającą w swym własnym filozofowaniu z mocy tej wiary i przez nią ożywianą. Ponieważ człowiek jako byt przygodny nie jest w stanie ujmować najwyższych prawd, dlatego czerpie z pomocy niesionej przez wiarę i łaskę. Ta ostatnia wspomaga wewnętrznie intelekt w poznawaniu prawd naturalnych, zaciemnionych przez grzech, choć rozum nigdy nie jest całkowicie zabezpieczony przed słabościami.

Ważne pozostaje tutaj pojęcie postawy (habitus) kontemplacyjnej. Oczyszczając i przepajając pierwiastkiem duchowym działania filozoficzne, umożliwia ona w ostateczności poznanie wiecznej mądrości. Nie zmieniając istoty filozofii (filozofia w swym przedmiocie, podstawach i metodzie nie może być zależna od wiary, związana jest wszakże z oczywistością podmiotu i rozumowymi szansami ujęcia realnej rzeczywistości), zwiększa możliwości podmiotu poznającego, otwiera go na nowe prawdy i kontemplację „spraw Boskich”[9]. 

W takim horyzoncie metodologicznym Maritain mógł uznać doświadczenie La Salette za swoistą odpowiedź na nurtującą go i jego żonę kwestię zła i cierpienia, porzucając przy tym stanowisko Bergsona, według którego trzeba niejako roztopić zło w tak zwanym pędzie życiowym (l’élan vital), tajemniczym w swoim funkcjonowaniu i prostym w strukturze, będącym racją rozwoju całego kosmosu. Był bowiem świadom, że Bóg filozofii autora Ewolucji twórczej nie jest Bogiem filozofii chrześcijańskiej, lecz prezentuje się jako ostateczne źródło kosmicznej ewolucji, zaś droga poznania mistycznego wiąże się z poznaniem intuicyjnym, przysługującym wszystkim ludziom. Toteż mistycyzm i filozofia są dla siebie jak superlatyw względem porównania. Albo, by wziąć przykład z popularnego żargonu, mistyk Bergsona jest „superfilozofem”; natomiast filozof Bergsona jest zarodkowym mistykiem (mystique embryonnaire).

Nie dziwi przeto, że Bergson, w przeciwieństwie do Maritaina i jego małżonki, odrzucał lub ignorował metodę i poznanie analogiczne, zawsze dobrze znane filozofii chrześcijańskiej, którą Tomasz z Akwinu doprowadził do perfekcji[10]. „Dzięki owej naturalnej, a przecież cudownej sile i łatwości, argumentowała Raissa, jaka cechuje poznanie przez analogię, udostępniające naszemu poznaniu nieskończoność, pojęcie zamknięte w formule dogmatu zawiera w sobie samą tajemnicę Bóstwa, nie ograniczając jej, i przekazuje ją nam w całej jej prawdzie, choć w sposób zagadkowy, niczym odbitą w lustrze”[11]. Można więc ze spokojem, że nie popełnia się błędu antropomorfizacji czy błędnego koła, orzekać, że łzy na policzkach Maryi pojawiły się nie tylko z powodu przepowiedni kataklizmów czy katastrof nawiedzających świat bądź moralnie nagannego postępowania ludzi, nie wyłączając księży. Miały raczej głębszą przyczynę, mianowicie niewdzięczność i obojętność człowieka wobec miłości Boga. Maritain rozważając aporię cierpienia wskazał przede wszystkim na rolę i rangę ludzkiego grzechu oznaczającego zejście z Bożej drogi bycia, na wolność rozumianą jako wolność wyboru, a więc także zdolność do istnienia poza Bogiem i wreszcie na Jego łaskę, jaka może dotknąć przemieniającym światłem historię przenikniętą grzeszną ułomnością. 

Cierpienie Boga i cierpienie Maryi

Większość chrześcijan i chrześcijańskich teologów akceptuje pogląd, że nie sposób pomyśleć Boga, który mógłby pozostawać nieczuły na cierpienie i nie cierpiałby wraz z tymi, których ukochał. Jednakże z pozycji wyznaczonych przez klasyczny ogląd metafizyczny sprawa poważnie się komplikuje. Tomasz z Akwinu (a Maritain podążą z pokorą jego śladami) szczerze powiadał, że Bóg nie może być targany uczuciami na podobieństwo tych ludzkich. Ponieważ będąc czystym aktem, spełnia wszystko w stopniu absolutnym, stąd miłość czy upodobanie ku dobru w Bogu nie podlegają żadnej zmianie, jako akty Bożej woli[12]. Czy to oznacza, że Bóg, niczym Absolut Arystotelesa, nie interesuje się przygodną rzeczywistością i sam sobie wystarcza jako byt absolutnie najdoskonalszy, niecierpiętliwy (impassibile, impassibilis)? 

Otóż, warto przypomnieć, że Bóg nie jest bezosobową zasadą, lecz Bogiem Trójjedynym (te trzy osoby stanowią jedność, zachowując, mimo wszystko, odrębność), początkiem i racją wszystkich stworzeń, które miłuje tak, jak samego siebie. Filozof nie jest jednak w stanie określić bliżej, co oznacza ta Boska miłość, jak i samo pojęcie ipsum esse subsistens. Tylko orzekanie analogiczne i metaforyczne znajduje się w kręgu jego możliwości. Doświadczenie mistyczne nie jest bowiem interpersonalne. Gdybyśmy próbowali cierpienie wiązać ze zmianą stanu Boga pod wpływem świata, wpadlibyśmy w ontyczną i poznawczą pułapkę, czego Maritain bardzo się wystrzegał, zachowując niezmienność i niecierpiętliwość Boga, a Jego „cierpienie” rozumiejąc w sposób analogiczny. I wskazywał na rozum otwarty na wiarę. W jej horyzoncie cierpienie Boga nie jest znakiem słabości, wręcz przeciwnie: to znak niezmierzonej pełni, chwały, mocy i wolności Boga. Bóg cierpi inaczej niż człowiek, przyjmuje cierpienie z miłości do ludzi, współcierpi razem z nimi. Jeśli więc istnieje w Bogu cierpienie, to nie należy ono do istoty Boga, ale pozostaje skutkiem Jego osobowej miłości, ogarniającej wszystkich ludzi. Dlatego ten, kto kocha naprawdę, nie może nie współcierpieć z osobą kochaną.

Jeżeli chodzi o Boga, mamy do czynienia z najwyższą postacią cierpienia: cierpieniem duchowym, które łączy w sobie cierpienie i szczęśliwość, pozostając nieuchronnie niezgłębioną tajemnicą[13]. W związku z powyższym Maritain podsumowująco zauważył, że Maryja płacze, lecz nie oznacza to, że Bóg staje się cierpiącym Bogiem w sensie metafizycznym. Skoro jednak płacze, powinno się poznać ontyczną strukturę grzechu, wolności, łaski i historii, pamiętać, że wydarzenia z La Salette nie są drugim Objawieniem i niczego nie dodają do Jezusowego dzieła odkupienia. Pozostają natomiast ikoną trwania Kalwarii w dziejach. 

Do przedstawionych interpretacji, Raissa Maritain wniosła pewien aspekt wynikający z jej najgłębszych poruszeń serca. Naświetlała, że łzy Maryi nie mogą podsycać w ludziach kultu cierpienia, ponieważ cierpienie jako takie nie prowadzi do niczego dobrego, nie ma wartości samej w sobie. Natomiast największym dobrem jest miłość, która dysponuje mocą przyjmowania cierpienia i czynienia zeń wzbogacającego daru, potrafi „uczynić swoim” cierpienie drugiego, zwłaszcza wtedy, kiedy owo cierpienie „dzieje się” w wolności i zjednoczeniu z Chrystusem, w łasce modlitwy. Papierkiem lakmusowym bywa w tej materii wolność. Odpowiedź ludzi na Bożą miłość nie musi przecież w każdym przypadku kończyć się odrzuceniem albo trwałą obojętnością. Maryja płacze nie tyle nad determinizmem historii, nad brakiem w niej nadprzyrodzonego wymiaru, ile raczej nad stanem woli człowieka, która nie skłania go do życia ewangelicznego i religijnego kultu, zatrzymując na płaskim poziomie bytowania. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest fakt, że to sama osoba może być przyczyną braku dobra moralnego. Albowiem wszystko, co dobre pochodzi od Boga i wszystko, co złe pozostaje konsekwencją decyzji danej osoby.

Maritain dodawał rzecz nader charakterystyczną. Maryja przynależy do rodu ludzkiego, przeto jej przeżycia, w tym łzy, ból i cierpienie, są rzeczywiste, a nie intencjonalne. Wskazują na uczestnictwo Matki Chrystusa w Jego cierpieniach i w Jego miłości do grzeszników. Odczuwa ona ciężar odstępstw od Stwórcy i blask miłosierdzia nieustannie roztaczany nad człowiekiem[14]. Okazuje się więc, że łzy Maryi są afirmatywnym znakiem, że autentyczna miłość nigdy nie jest obojętna wobec zła.

Objawienia prywatne wobec rozumu  

Maritain miał znakomite rozeznanie teologiczne. Przyjmował, zgodnie z nauczaniem Kościoła, że w osobie Jezusa Chrystusa spełniła się ostatnia forma Objawienia, unikatowa dla Nowego Testamentu. Bo to On przynosi pełne i ostateczne Objawienie Boga, które zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego apostoła. Był nim św. Jan Apostoł, zmarły śmiercią naturalną około 98-101 roku naszej ery w Efezie, dożywając sędziwego wieku jako jedyny z Dwunastu, który nie zginął w sposób męczeński. Nie należy zatem oczekiwać żadnego publicznego objawienia (revelatio) przed Paruzją Jezusa Chrystusa. Odróżniał też Objawienia publiczne, głoszone przez proroków, Chrystusa, Apostołów i podane wszystkim przez Kościół, który przechowuje ich depozyt zawarty w Piśmie Świętym i Tradycji, od tak zwanych objawień prywatnych, przeznaczonych jedynie do osobistego pożytku pewnych osób.   

Jakakolwiek byłaby ich doniosłość, nie należą one do porządku wiary katolickiej, ani niczego do niej nie dodają, ale niektóre z nich mogą zwracać uwagę na jakąś formę kultu, która ma znaczenie dla wszystkich wiernych, jak chociażby nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego, a Kościół zbadawszy racje motywujące ten kult, może go zalecić i ustanowić, nie wydając nieomylnego sądu co do boskiego pochodzenia objawienia prywatnego. Odtąd pozostaje ono przedmiotem pobożnego wierzenia[15].

Maritainowie jednakże byli przekonani, że objawienia i widzenia prywatne powinny podlegać krytycznemu badaniu i nie trzeba w nie wierzyć, jak w chrześcijańskie prawdy wiary, chociaż nie warto ich odrzucać bez namysłu, gdyż Bóg nieustannie podtrzymuje świat w istnieniu, posługując się różnego typu znakami i cudami. Przyjęte przez siebie stanowisko uzasadniali tym, że wiara nie jest ślepym aktem i ma racjonalne podstawy, rozum bowiem nie jest jej wrogiem. Nie chcieli więc zastępować badań krytycznych aurą pobożności.   

Toteż Maritain podjął się trudnego zadania rozeznania wydarzeń z La Salette w sposób rzetelny, docierając do jak największej liczby świadków, którzy znali dzieci, do których przemówiła „Piękna Pani”, zapoznając się z literaturą przedmiotu, radząc się teologów w rodzaju o. Réginalda Garrigou-Lagrange’a. Już jako ambasador Francji przy Stolicy Apostolskiej w 1947 roku przedłożył w Sekretariacie Stanu sprawozdanie-notę dotyczącą La Salette. Zaproponował w niej nową metodę w tej dyskutowanej sprawie: dokładne zbadanie życia Melanii, głównego świadka (w La Salette, podobnie jak w Fatimie, świadków klasyfikowano według wieku), aby wyjaśnić kwestię objawienia i jego przesłania.

Karl Rahner, idąc za Janem od Krzyża, przypomina, że świętość, innego rzędu niż charyzmaty, jest jednak warunkiem największych objawień, zgodnie z tomistyczną zasadą, że wszystko jest odbierane według zdolności odbiorcy. Aby jaźń, umysł i zmysły nie zajęły miejsca boskiego objawienia, poprzez potrójne oczyszczenie mistyków dusza musi wzrastać w usposobieniu lub cnotach, aż przekroczy próg życia zjednoczonego z Chrystusem. Stąd próby i duchowe dojrzewanie, nieznane dla zwykłego oka, a nawet przedwczesne (w Fatimie, Lourdes, Rue du Bac, nie wspominając o La Salette), największych wizjonerów Maryi i Chrystusa[16]. W oczach Maritaina i wielu innych Maksymin i Melania nie byli tym, za kogo nagle zostali uznani. Starał się on bronić ich wiarygodnej postawy i teologiczności wypowiedzi, nie osiągając wszakże wszystkich, zamierzonych przez siebie celów.

Mimo że La Salette została oficjalnie uznana przez biskupa Grenoble w 1851 roku, jako objawienie posiadające znamiona prawdziwości, nadal trwają dyskusje i prześciganie się w coraz bardziej zadziwiających argumentacjach „za i przeciw”. Cóż, świat, w którym przyszło nam żyć, pozostaje rzeczywistością narażoną na ludzką nienawiść, wojny i niewyobrażalnie gorszące tragedie. Mimo to, według przemyśleń Raissy i Jakuba Maritainów, La Salette należy przedstawiać jako świadectwo o moralnej strukturze historii: człowiek jest wolny, zło jest brakiem dobra, grzech rozplenia się w sposób widoczny, podobnie jak łaska, a historia nie kończy się na katastrofie i zmierza ku dobru, choć w przygodnym stanie bytowym nie jesteśmy w stanie owego dobra wyraźnie dojrzeć. 

Ks. Jan Sochoń 

Źródło: Teologia Polityczna Co Tydzień.

Przypisy:

[1] W Polsce w okresie przed II wojną światową nawrócenia francuskich pisarzy żywotnie obchodziły środowiska religijno-literackie, zwłaszcza te związane z ośrodkiem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża z podwarszawskich Lasek. Zob. J. Chojkówna, Dwa nawrócenia w literaturze francuskiej, „Verbum”. Kwartalnik poświęcony zagadnieniom kultury współczesnej, 1935, t. II, s. 287-315. Autorka poświęciła swój tekst nawróceniom Ernesta Psichariego i Henri Ghéona, zwracając uwagę na fakt, że właściwie nie ma złych warunków dla nawrócenia – przeciwnie, jest zdumiewające bogactwo i różnorodność środków i tyle rodzajów nawróceń, ile jest dusz ludzkich, tamże, s. 314. Chojkówna to jeden z mniej znanych pseudonimów Marii Winowskiej (1904-1993), doskonałej pisarki, romanistki i filolożki klasycznej. W latach 1931-1934  pracowała w wydawnictwie „Verbum” przy ulicy Moniuszki 8 w Warszawie. Należała do grona założycieli kwartalnika „Verbum” i została jego pierwszym sekretarzem redakcji. Po wojnie znalazła się na emigracji we Francji, oddając się z wielkim powodzeniem działalności pisarskiej. Utrzymywała stałe kontakty z internowanym w Lourdes prymasem Augustem Hlondem. Od uwolnienia prymasa Stefana Wyszyńskiego z internowania każdorazowo, gdy przyjeżdżał on do Rzymu, pełniła funkcję jego sekretarza. Redagowała listy do episkopatów świata, interweniowała w kwestiach uznania polskich granic zachodnich przez Watykan, organizowała spotkania Jana Pawła II we Francji. Napisała blisko 50 dzieł, wydawanych głównie w języku francuskim. Jej biografia Le Fou De Notre-Dame Le Père Maximilien Kolbe (1949) otrzymała nagrodę Akademii Francuskiej (1950), choć w Polsce dokonania tej wybitnej autorki znalazły się na indeksie cenzury i były trudno dostępne. Zob. szerzej: A. Kołodziejska, Maria Winowska. Polska pisarka emigracyjna – tajny sekretarz prymasa Wyszyńskiego, Kraków 2025.

[2] R. Maritain, Wielkie przyjaźnie. Poszukiwanie sensu w czasach zwątpienia, tłum. A. Olęcka-Frybesowa, E. Krasnowolska, M. Wańkowiczowa, Warszawa 2008, s. 81.

[3] Cytat pochodzi z końcowych fragmentów powieści Bloya Uboga [kobieta], zob. też: J. G. Trapani Jr., Poetry, Beauty, and Contemplation. The Complete Aesthetics of Jacques Maritain, Washington 2011, s. 18-19. 

[4] Chodzi o książkę Bloya Celle qui pleure (Notre Dame de la Salette), Paris 1908, która wywołała skrajne emocje interpretacyjne, od potępienia do całkowitej aprobaty. Maritain nie mógł się zgodzić na pojawiające się wobec tej pracy oskarżenia i bez zwłoki wysłał list protestacyjny w obronie „widzącej z La Salette” i Leona Bloya. Wszakże, gdy ktoś nie uznaje autorytetu Melanii, pisał, tym samym podcina gałąź, na której sam siedzi. Zob. J. Maritain, Carnet de notes, Paris 1965, s. 136. Książka ta zawiera notatki odnoszące się do lat wcześniejszych niż data jej wydania.

[5] Szerzej zob. J. Stern, La Salette vue par Léon Bloy, w: Léon Bloy, „Cahier de l’Herne”, nr 55, dirigé par M. Arveiller et P. Glaudes, Éditions de l’Herne, Paris 1988, s. 161–170 [tłumaczenie polskie La Salette widziane przez Leona Bloya znajdujemy w: La Salette w świetle dokumentów źródłowych i magisterium Kościoła. Autor artykułów Jean Stern. Zebrał, przełożył i oprac. J. Pochwat MS, Kraków 2026, s. 279-295]. Tekst Orędzia Maryi wygłoszonego przez Nią 19 września 1846 r. zamieszczono w Posłowiu do tomu La Salette… tamże, s. 301-304. 

[6] R. Maritain, Wielkie przyjaźnie, dz. cyt., s.81.

[7] Zob. Vie de Mélanie, bergère de La Salette. Écrite par elle-même en 1900 [Léon Bloy wstęp i publikacja]. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Mercure de France w 1912 roku.

[8] To studium Maritaina miało zawikłane losy. Pisarz bronił w nim prawdy tajemnicy i słów objawienia Matki Bożej z La Salette, jak również wskazywał na znaczenie proroczego zakresu tego objawienia, nalegającego na wezwanie do łez, pokuty i nawrócenia. Dlatego postanowił przyjrzeć się dokładnie wydarzeniom w La Salette, zebrać i zbadać dostępne dokumenty związane z Melanią, świadectwa ludzi, którzy ja znali i – co najistotniejsze – jej wiarygodność. Powodem takiego zamiaru stało się jedynie i aż zamiłowanie do prawdy, a nie do prezentowania przypuszczeń i niejasnych intuicji. Przez to filozof chciał rzeczywiście służyć Najświętszej Dziewicy, co już sugerował w Carnet de notes [dz. cyt., s. 130-131]. W marcu 1918 roku Maritain został przyjęty na audiencji przez papieża Benedykta XV, któremu przedłożył swoje opracowanie. Niestety, wspomniany papież, jak i kardynał Louis Billot, należący do grona znaczących przedstawicieli odnowy tomistycznej XIX i XX wieku (w Polsce wydano jego książkę Tradycja kontra modernizm, tłum. M. Beściak, Warszawa 2017) odmówili zgody na publikację tekstu, uznając go za nazbyt pryncypialny, a nawet skandaliczny, z racji zawartej w nim krytyki duchowieństwa. Będąc posłusznym tej opinii, Maritain zachował manuskrypt i pozostawił instrukcję, żeby nie ogłaszać rękopisu po jego śmierci. Jednakowoż został on w końcu opublikowany pod tytułem La Salette. In Mémoire e’limpegno sulla parola di Maria, luce e sale per l’attualità, a cura di M. Carteville, Angelicum Universsity Press, Roma 2022.

[9] Zob. szerzej: La nation de philosophie chrétienne, „Bulletin de la Société française de Philosophie”, Paris 1931, s. 66-67.

[10] M. T.-L. Penido, Dieu dans le bergsonisme, Paris 1934, s. 91, 150.

[11] R. Maritain, Wielkie przyjaźnie, dz. cyt., s. 119.

[12] S, Thomae Aquinatis, Summa contra Gentiles, cura et studio C. Pera, P. Marc et P. Caramello, vol. 2, Taurini 1962, lib. I, cap. 91 nr 755.

[13] Zob. J. Sochoń, Cierpiący Bóg. Czy to możliwe?, w: tegoż, Religia w projekcie postmodernistycznym, Lublin 2012, s. 251-264; J. Lacroix, Pokora i cierpienie Boga, tłum. M. Tazbir, „Życie i Myśli” 1978 nr 3, s. 9-23.

[14] J. Maritain, Carnet de notes, dz. cyt., s. 130-131.

[15] Zob. szerzej: R. Garigou-Lagrange, Trzy okresy życia wewnętrznego wstępem do życia w niebie, przekł. Teresa Franciszka Służebnica Krzyża, t. 2, Poznań 1962, s. 553-561.

[16] Podaję za sprawozdaniem opata Michela Corteville’go opatrzonego tytułem La Salette i Maritain, a zamieszczonego we „France Catholique” z 18 września 2009 roku.