Ks. Jan Sochoń

Żyć Ewangelią

 
 
Z księdzem Janem SOCHONIEM
rozmawia Teresa BŁAŻEJEWSKA
 
 
ikona
 
– W 2014 roku opublikował Ksiądz książkę pt.  „Żyć chrześcijaństwem?”, która została nagrodzona „Feniksem”. Czy dziś w Polsce trudno być chrześcijaninem?
– Chrześcijaninem trudno być w każdym czasie. Opowiedzenie się bowiem za Chrystusem i tym wszystkim, co ukonstytuowało Kościół, dysponujący określoną sferą dogmatyczną i widzialną strukturą zewnętrzną, wymagało dawniej i wymaga dzisiaj często niecodziennego heroizmu. Jak pokazują dzieje, niewiele osób decyduje się na tego rodzaju postawy. Tym bardziej że po tylu wiekach istnienia, chrześcijaństwo znalazło się w niebywale dramatycznej sytuacji. Napór tendencji sekularyzacyjnych, trwała obojętność wielu europejskich środowisk na Ewangelię, prześladowania chrześcijan, ekspansja cywilizacji islamskiej – wszystko to sprawia, że chrześcijaństwo traci na społecznym znaczeniu, choć równocześnie w wielu krajach świata idee konfesyjne zdają się umacniać i rozwijać. Mam na myśli chociażby Amerykę Południową czy niektóre obszary Azji. Mimo to, dla wielu współczesnych doktryna i kultura chrześcijańska zdają się czymś zupełnie obcym, niewywołujących żadnych pozytywnych skojarzeń. Wolą zajmować się planowaniem nowego domu wypoczynkowego nad podmiejskim jeziorem, niż zastanawiać się nad problemami natury teologicznej.
W Polsce, jak dostrzegam, dzieje się podobnie. Presja (nie wyłączając tej medialnej) kół liberalnych, najczęściej niechętnych Kościołowi i kościelnemu nauczaniu, oddziałuje na społeczeństwo, któremu z hukiem narzuca się przekonania podszyte ironią albo nawet pogardą dla tradycyjnych, konserwatywnych wartości. Wyolbrzymia się też „grzechy” ludzi Kościoła, pokazując tylko i wyłącznie to, co ciemne, odległe od ewangelicznego stylu życia. Chaos polityczny miesza się z pustką aksjologiczną, co powoduje ogromną dezorientację pośród sporej części polskiego społeczeństwa. A ponadto, trudność bycia chrześcijaninem wiąże się z samą naturą wiary, na której dnie zawsze odnajdujemy iskierkę sceptycyzmu, zdziwienia; wszak sam Bóg nie jest dla nikogo z ludzi kimś oczywistym, a uznanie w Nim osobowego wymiaru wydaje się trudne do zaakceptowania. Przygodność człowieka, jego podatność na grzech, osłabienie woli to ważne czynniki czyniące z przestrzeni chrześcijańskiej przestrzeń ziemskiego sacrum, w którym pojęcie Boga Stwórcy, Boga troszczącego się o ludzi świat nie odgrywa istotnej roli. Na Jego łaskę trzeba być otwartym, trzeba wsłuchiwać się w odwieczne Słowo, trzeba w pokorze modlić się, by móc wędrować śladami Jezusowej miłości.
Pamiętajmy, że modlący się faryzeusz i celnik to niejako dwie strony naszego odnoszenia się do Boga. To jasna przestroga, żebyśmy nie traktowali modlitwy, jako znaku dobrego samopoczucia, żebyśmy nigdy nie doprowadzali do sytuacji, w której modlitwa ujawni nasze zadufanie i pychę. W modlitwie więc zwierzamy się z tego, co dla nas istotne egzystencjalnie, bo wiemy, że Bóg traktuje nas poważnie. Stąd wiara i modlitwa w najwyższym stopniu decydują o naszej osobistej i społecznej historii oraz jakości tworzonej przez nas kultury.
 
– O życiu Ewangelią mówił przed laty ksiądz Jan Zieja.

– Księdza Ziei nie zdążyłem już poznać. Ale niejako „znam Go” z opowiadań przyjaciół i lektury. Wiem, że był osobą przenikniętą duchem ewangelicznym, duchem patriotycznym, kimś wyjątkowo czułym na biedy i słabości człowieka. Starał się przez całe swoje życie, żeby właśnie Ewangelia wyznaczała standardy codzienności dosłownie wszystkich ludzi. Wystarczy zajrzeć do książki Jacka Moskwy, poświęconej temu wybitnemu kapłanowi (Życie Ewangelią, Kraków 2010), by się o tym wszystkim przekonać. Polubiłem też księdza Zieję za to, że przełożył ze szwedzkiego sławne zapiski Daga Hammarskjölda, z którymi właściwie się prawie nie rozstaję. Dzięki nim umocniłem w sobie przekonanie, że poetycki styl życia jest obowiązkiem każdej osoby wierzącej. Nie chodzi mi o to, że wszyscy ludzie powinni pisać wiersze, nie; chodzi o to, żeby starali się wprowadzać w relacje międzyludzkie żywioł piękna i odpowiedzialności, żywioł tego, co wywodzi się z Bożego nadania.
 
– Czy to znaczy, że się oddalamy od życia Ewangelią, bo brak nam ducha?

– Nie chciałbym zbytnio uogólniać, ale w teraźniejszym globalnym świecie zdaje się dominować kult młodości, narcyzmu, skupiania się na dobrach materialnych, na konsumpcjonizmie będącym podstawowym sposobem życia; szerzy się wygodnictwo, indywidualizm posunięty do granic, niszczący odpowiedzialność i potrzebę troski o innych. Nie ma motywacji, by kultywować tradycje i towarzyszące im wartości. Liczy się chwila, która daje krótkotrwałe satysfakcje; ludzie stają się fanami, czyli wielbicielami różnego rodzaju atrakcji niesionych przez masowe media, zwłaszcza współczesny film. W takiej atmosferze – kiedy słowa „teraz” i „ja” tworzą naturalne środowisko myślenia i odczuwania rzeczywistości – nikną i muszą zanikać fascynacje sferą ludzkiego ducha. Wiara, wymagająca nieustannej wewnętrznej pracy nad sobą, bywa przekreślana, a niekiedy nawet wyśmiewana. Zamiast niej propaguje się różnego typu duchowości bez Boga, ograniczające doświadczenie do tego, co przynosi ekstatyczne uniesienia, powiązane z erotyką, sportem czy polityką. Tak jest w szerokiej perspektywie oglądu, co też oznacza, że spotykamy na szczęście ludzi, którzy przeczą powyższym opiniom. Świat ducha, świat dobra, prawdy i piękna, świat miłości pozbawionej egoizmu wciąż daje znaki o sobie, chce żebyśmy wszyscy wyruszali w rejony kultury wymagającej, nie zaś ułatwionej, pozbawionej twórczych oczekiwań.
 
– Ksiądz Józef Tischner podczas rekolekcji w Paryżu opowiadał, że w windzie w Pałacu Nauki i Kultury w Warszawie spotkał swego byłego studenta, który pomiędzy 1 a 30 piętrem opowiedział, jak mu się w życiu powiodło. Otóż, miał świetną posadę, służbowe auto do dyspozycji, mieszkanie w Warszawie, ale – dodał   – mając to wszystko czuje się wewnętrznie pusty.

– Ludzie na ogół wiedzą: żeby zachować duchową harmonię, żeby odczuwać posmak szczęścia nie wystarcza hedonistyczne przeżywanie świata, nie wystarcza bogactwo i zaspokajanie najbardziej ekstrawaganckich potrzeb. Osoba zawsze poszukuje spełnień ostatecznych, mocniejszych niż te wyrastające z ziemskich krajobrazów. Niestety, ponowoczesne czasy nie sprzyjają tego typu marzeniom; raczej utwierdzają w duchowej pustce, wytwarzanej przez styl życia ludzi o przeciętnych umiejętnościach, którzy poddają się sile celebryckich wzorców, zupełnie nie zważając na tego faktu bardzo groźne konsekwencje.
Czyż muszę uzasadniać, że relacje międzyludzkie oparte na odbitej sławie, na potrzebie podziwiania i bycia podziwianym kończą się najczęściej rozczarowaniem i pomnażaniem wewnętrznego rozdarcia. Jedynie praca ducha, włączenie samego siebie w porządek miłości objawionej przez Chrystusa może wyprowadzać na tereny rozjaśnione, pozbawione urazów i żalu. To oczywiście zdanie dosyć abstrakcyjne. Dlatego każdy z ludzi powinien owo zdanie wypełnić własnym wysiłkiem, własną nadzieją i zawierzeniem. Może (jeżeli zechce) poddać się łasce nieustannie dobiegającej z kart Biblii i nauki Kościoła; może zaufać transcendentnej Tajemnicy.
 
– Czyli, jak Ksiądz wyżej wspomniał, chodzi o miłość?

– Tak, o nią głównie; ostatecznie zaś chodzi o miłość pisaną z wielkiej litery. Dlaczego? Albowiem życie przynosi satysfakcje dopiero wtedy, kiedy potrafimy kogoś tak intensywnie ukochać, że zapominamy o sobie, o swoich egoistycznych priorytetach, i że ktoś inny jest w stanie objąć nas w miłości. Takie doświadczenia nadają zasadniczy sens egzystencji, ale tu uwaga: nigdy jednakże nie jesteśmy w pełni nasyceni, w Augustyńskim znaczeniu tego słowa; ciągle oczekujemy na coś, co będzie mocniejsze, głębsze, iż nasze przeżycia, coś, co wykracza poza ziemski wymiar; chcielibyśmy zdobyć po prostu wieczność. Ludzie wierzący ufają, że w osobie Jezusa Chrystusa odnajdują zapowiedziane Boże Królestwo, że w Kościele (mimo wielu kościelnych niedociągnięć, grzechów i fałszywych gestów) stykają się z prawdziwym Bogiem modląc się, uczestnicząc w liturgii, przyjmując sakramenty święte.
Ktoś jednak mógłby zauważyć: wciąż słyszę o miłości, o jej przemieniającej sile, wręcz duchowej potędze. Ale przecież nie bardzo wiadomo, jak się w pobliże miłości dostać? Gdzież ona jest? To chyba ideał wyśniony przez świętych i poetów. Nie do zrealizowania. Nie do udźwignięcia. Zastanówmy się jednakowoż. Nie musimy niczego o miłości wiedzieć, by móc kogoś pokochać. Miłość to wydarzenie egzystencjalne, rodzące się w chwili, kiedy zjawia się przed nami Bóg albo człowiek. Tylko że miłość Boga i do Boga powinna być na pierwszym miejscu. Przede wszystkim z tej racji, że On nas pierwszy umiłował. Gdybyśmy mieli polegać na naszej miłości, bylibyśmy bardzo, bardzo biedni!
 
– To jednak niebywale trudne życiowe wyzwanie.

– Muszę wszak z żalem przyznać, w epoce tzw. kolejnej ponowoczesności – utraciliśmy poczucie, że miłość stanowi sam rdzeń życia i naszej kultury, jej samoświadomość, nawet w tych sferach bycia, gdzie wrażliwość konfesyjna nie jest zbyt silna i widoczna. Zapomnieliśmy, albo nie chcemy pamiętać, że bez miłości nie sposób właściwie żyć, nie sposób cieszyć się owocami podejmowanych decyzji. Chodzi oczywiście o naszą ludzką miłość, pozbawioną absolutnych wymiarów. Ta nasza miłość mieści w sobie, chcąc nie chcąc, trwały cień egoizmu – pozostałość grzechu pierworodnego. Dlatego pragniemy miłości czystej, doskonałej, pełnej, jaka przysługuje w istocie tylko Bogu. Zastanawiamy się jednak: w jaki sposób to pragnienie szlachetnej miłości zrealizować? Czy to w ogóle możliwe? Czy jesteśmy w stanie naśladować ewangeliczne wzory życia? Świadectwo wielu świętych przekonuje, że i owszem. Bóg nie po to nas stworzył, by rzucić w odwieczną ciemność, ale po to, żebyśmy mogli uczestniczyć w Jego bóstwie. Przypomniana teza przebłyskuje przez całość nauki Kościoła i warta jest ciągłej refleksji i uwagi.
Bóg świętym spojrzeniem obejmuje wszystkich; w taki jednak sposób, że każdy z osobna czuje się wyróżniony. Jest Bogiem jedynym, potężnym tylko w miłości. Doświadczam przed Nim bojaźni, lecz również i zaufania. Nie boję się wyznawać własnych słabości, duchowych niedostatków, braku pokory. Wymawiam z dziękczynieniem słowa wiary: Boże kocham Cię, czyli pragnę żyć pełnią Twoich darów. Nie proszę o trudy, cierpienia, poniżenie, choć to wszystko może przyjść. Proszę, aby moje serce mogło czerpać z cudownego faktu, że Bóg mnie pierwszy umiłował. Z tej racji wszystkie moje życiowe zadania i powinności sprowadzają się w praktyce do zachowywania przykazań, zakorzenionych w umyśle i duszy. Jeżeli postępuję w tym trudzie, wówczas bywam radosny, spokojny, uśmiechnięty. Wiary przecież nie powinniśmy traktować, jako czegoś ciążącego, utrudniającego budowanie dobrych więzi z innymi ludźmi. Wiara to świadome, dobrowolne zaufanie Stwórcy, przylgnięcie do Jego boskich stóp, czyli posłuszeństwo Bożej woli. Nie zawsze to łatwe, ale przecież, by przywołać poetycki głos Beaty Obertyńskiej:

Pragnę Ci być o Panie, posłuszny, jak cień,
słać się w piasek Twej woli wiernym powtórzeniem
a wlokę się z tobołem małych, głupich ,
których cienie na piasku są mym własnym cieniem…

 
– Pośpiech, powierzchowność naszego życia powoduje, że człowiek czuje się jak w pułapce, która niemal uniemożliwia wyrażanie samego siebie. Jak się przed tym bronić?

– Na szczęście nie żyjemy tylko pod presją mediów. Mamy świadków historii i tradycji, od których możemy się sporo nauczyć. Wiodą nas świeci przewodnicy, jak też wielka tradycja Kościoła. Odwołujemy się do nich, ponieważ w sprawach wiary, w sprawach wewnętrznego doświadczenia musimy szukać wsparcia, by móc się wyzwalać z dręczących pytań i emocji. Oczywiście, wszystko zależy od tego, w którą stronę chcemy podążyć. Można poddawać się zewnętrznym wpływom, którymi atakuje nas obecny świat, ale możemy iść w tę stronę, która umożliwia godne życie. To sprawa świadomych wyborów. Trzeba tylko starać się, by własnego sumienia nie deprawować, nie narażać na różne zniekształcenia, powodowane przez nowoczesność, zamkniętą w „jaskini znaków”, w „jaskini świadomości”.
 
– To dlatego widzimy tylko znaki. Dlatego nie potrafimy ogarnąć poznawczo całości niezwykle bogatej rzeczywistości.

– Ależ tak! Jesteśmy ludźmi, a więc przynależne jest nam jedynie to, co wchodzi w obręb osobowego sposobu życia. Nie dysponujemy możliwościami, które przekraczałyby nasz przygodność. Widzimy świat aspektowo, amabilnie, emocjonalnie; nie jesteśmy w stanie „mówić konkretami”. Nasze codzienne spostrzeganie rzeczywistości, po spontanicznym stwierdzeniu jej istnienia, ujmujemy w określone znaki, by zdobywane doświadczenie móc przekazać innym ludziom. W ten sposób budujemy kulturę, która jest naszym naturalnym niejako środowiskiem. W jej głębi mamy prawo do dyskusji, wymiany poglądów, ważenie się na argumenty. A poza tym w wymiarze religijnym działanie Boga „dotyka” nas poprzez znaki sakramentalne. Nie ujawnia się bezpośrednio, tak, jak doświadczamy obecności kogoś drugiego, którego możemy zmysłowo rozpoznać. Bóg skrywa się pod osłoną, co zresztą nie powinno dziwić, ponieważ zmiana takiego stanu rzeczy musiałaby pociągać za sobą zmianę znanej nam struktury całego kosmosu. Wówczas nie moglibyśmy już być ludźmi, w takim znaczeniu, w jakim teraz siebie samych widzimy. Bylibyśmy albo jakąś (trudno to wyobrazić) cząstką Boga, albo kimś innym niż obecnie jesteśmy, przy koniecznym zachowaniu ontologicznej różnicy pomiędzy nami a Bogiem. Dlatego tak ważna jest zdolność czytania tego wszystkiego, co zostało ujęte w znakach ludzkiej kultury, w znakach czasu, jak mówiono podczas obrad Soboru Watykańskiego II.
 
– Czy takim duszpasterzem, trafnie odczytującym znaki czasu, był ks. Józef Sadzik, założyciel wydawnictwa i Centre du Dialogue w Paryżu?

– Ależ naturalnie. Znowu, niestety, księdza Sadzika nie zdążyłem już poznać osobiście. Kiedy pojawiłem się w latach 80. na rue Surcouf panował tam już tylko „duch” księdza Sadzika. On sam już nie żył. Na szczęście, pozostał duszpasterski dorobek jego życia, pozostały książki, wypowiedzi, listy. Ufam, że pallotyni postarają się, żeby te teksty nie zostały zatracone w pomrokach historii, że staną się żywą cząstką współczesnego myślenia.
 
– Co z jego tekstów, jak i jego doświadczenia warto wziąć głęboko do serca, a może też w jakiś sposób wykorzystać dziś?

– Centrum Dialogu powstało, jak wiadomo, w 1973 roku przy małej uliczce Surcouf, gdzie zainstalowali się polscy pallotyni. Były to trudne lata w historii Polski i polskiej kultury, podzielonej na tę emigracyjną i tę krajową, podporządkowaną komunistycznym wzorcom życia i działania. Już z tej racji wszystko to, co zaczęło się dziać w organizowanym przez księdza Sadzika ośrodku, nabrało specyficznego charakteru. Służyło rozmowie różnych środowisk, rozmowie, która wykraczała znacznie poza kwestie ściśle polityczne. Pallotynom chodziło o szeroko pojętą kulturę, o umacnianie jej chrześcijańskiego wymiaru. Wtedy przecież trwał Sobór Watykański II oraz rok polskiego Tysiąclecia. Te wydarzenia wyraźnie wpływały na kształtowanie się profilu Centrum Dialogu. Właśnie o dialog chodziło, powoli rozpoznawany jako ważna kategoria teologiczna. Różnice światopoglądowe, religijne, polityczne czy narodowościowe nie powinny ludzi od siebie oddalać, skazywać na walkę i ksenofobię. Pluralizm, różnorodność to raczej szansa kultury i podłoże rozwoju społecznego. Ta idea cementowała wszelkie poczynania księdza Sadzika i jego współpracowników oraz następców. Tym, co przydało popularności paryskim pallotynom były przede wszystkim comiesięczne spotkania, podczas których ksiądz Sadzik wygłaszał wprowadzenie do odczytu i prowadził rozmowy (dyskusje) z zaproszonymi gośćmi. Pojawiali się wybitni polscy pisarze i artyści, teologowie, poeci, malarze, między innymi: Halina Mikołajska, Stefan Kisielewski, Andrzej Kijowski, ks. Janusz St. Pasierb, Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Józef Czapski, Zbigniew Herbert, Jan Lebenstein, o. Mieczysław Albert Krąpiec, Zygmunt Mycielski. Ale też warto podkreślić znaczące osiągnięcia wydawnicze (Mszał ołtarzowy łacińsko-polski, dokumenty soborowe), edytorskie, po prosto apostolstwo prasy, zwłaszcza sławna kolekcja „Znaki Czasu”. Książki w niej wydawane podkreślały zasadniczy, o soborowym wydźwięku, fakt, że Bóg mówi do ludzi poprzez historię, w gąszczu różnych wydarzeń. A religia i wiara należą do wręcz atrybutywnych cech ludzkiej kultury. Trzeba bowiem oglądać świat, jego naturalny wymiar w perspektywie tego, co święte. Nie dziwi przeto, że gdyby nie działalność paryskich pallotynów kultura polska i polski Kościół byłyby uboższe, słabiej wyczulone na współczesną wrażliwość. Może i pogrom komunistów, kto wie, nastąpiłby nieco później.
 
– „Skoro dialog, to otwarty na wszystkie prądy” – mówił Sadzik. Czy taka postawa jest dziś do przyjęcia? Czy jest we współczesnym świecie, pomiędzy różnymi wyznaniami, jak i w samym Kościele, miejsce na dialog?

– Żeby móc cokolwiek osiągnąć w kwestiach jedności religijnej trzeba się przede wszystkim spotykać. Zdarza się przecież, że często wypowiadamy się na temat innych ludzi niezbyt życzliwie. Kiedy jednak dojdzie do rozmowy między nami, kiedy spojrzymy sobie prosto w oczy, spróbujemy wzajemnie się zrozumieć, wówczas dzieje się coś przedziwnego i pięknego zarazem: ten drugi, obdarzany uprzedzającą niechęcią, staje się nagle bliski, może nawet pełen uroku. Oczywiście, nie musimy się we wszystkim zgadzać, ani nawet dogłębnie rozpoznać własne uwikłania, konteksty egzystencjalne czy konieczności doktrynalne; ważne jest, żeśmy likwidowali niszczące uprzedzenia. W dialogu liczy się właśnie sam fakt spotkania. Nie warto przy tym mościć w sobie nadmiernych oczekiwań. Niekiedy przecież ostro się spieramy, odważnie bronimy swych racji, nie ustępujemy ani na jotę z osobistych przekonań. Dwugłos, przynajmniej dwugłos jednak trwa.
Nie zapominajmy, że Jezus wywodził się z narodu żydowskiego, że odwiedzał synagogi, choć nie wiemy, czy na pewno uczestniczył w kultowych praktykach religijnych. Generalnie więc dopełniał, nie zaś przekreślał Prawo. Podał jego właściwą wykładnię. Sprowadza się ona do wykazania, że poprzez prawo prześwieca wola samego Boga. Ale zwracał uwagę na sprawę fundamentalną: prawo ma sprawiać, że ludzie będą mogli żyć jako miłujący Boga, innych ludzi, bliźnich i nawet zdobędą się na moment radykalny, nie będę mieli w nienawiści swoich nieprzyjaciół. Cóż z tego, że oficjalnie opowiemy się za Jezusowym rozumieniem życia, jeżeli będziemy propagowali zło, powiększali niepokoje osobiste i społeczne, a zapominali o cierpliwej łagodności i miłości. Tak, jak gdyby nauczanie Chrystusa nie zostało zapisane w księgach biblijnych, dostępnych wszystkim na całym świecie. To przez Niego przecież Biblia Izraela przeszła do ludzi, którzy nie są Żydami, i została również ich Biblią.
Joseph Ratzinger wspomniał, że dzięki spotkaniu z Jezusem z Nazaretu Bóg Izraela stał się Bogiem narodów świata. Dzięki Niemu faktycznie spełniła się obietnica, że narody modlić się będą do Boga Izraela jako do Boga jedynego, a „Góra Pana” zostanie wywyższona pomiędzy innymi górami, jak przepowiadał prorok Izajasz. W tym miejscu właściwie zasadza się nasza ekumeniczna nadzieja i, by użyć terminu Adama Zagajewskiego, ekumeniczna czułość. Dawne, dosyć restrykcyjne myślenie Kościoła, dzisiaj zostało całkowicie oddalone z teologicznej świadomości. Skrajnie interpretowana formuła św. Cypriana, że „poza Kościołem nie ma zbawienia” prowadziła do tego, że na przykład konkwistadorzy zdobywali łatwe uzasadnienie swych morderczych podbojów, rzekomo „w imię” Kościoła.
Bywało też i tak, że niektórzy teologowie tak bardzo zacietrzewiali się w ortodoksji, że twierdzili, że należy wyłączać ze wspólnoty zbawionych wszystkich, którzy nie są katolikami lub katechumenami. Te sprzeczne z Ewangelią poglądy nie znajdują obecnie żadnego posłuchu, choć sprawa zbawienia, życia wiecznego, potępienia jest żywa i powoduje najróżniejsze (nie tylko intelektualne) napięcia. Tak już chyba jednak zawsze będzie. Są to bowiem problemy o wyraźnie aporetycznym charakterze. Czy kiedykolwiek mogą stracić ten nierozstrzygalny wymiar? W niektórych sprawach rozwiązania leżą w naszej mocy, ale generalnie spełnienie ekumenicznych nadziei nie wydaje się na tym świecie możliwe. Dialog wewnętrzny między religiami chrześcijańskimi, jak też chrześcijaństwem a religiami niechrześcijańskimi zapewne będzie się rozwijał i będzie, jak przypuszczam, polegał na coraz intensywniejszej i rozumiejącej wymianie doświadczeń religijnych. Warto zabiegać, by nigdy nie wygasł.
 
– Czyli przed nami stoi trudność: albo rozmowa z innymi, albo ich wykluczenie. Czy tak?

– Powiedziałbym nieco inaczej. Przed nami trwała nadzieja sugerująca, że ludziom, którzy próbują iść drogą Ewangelii ostatecznie wszystko obraca się na dobro. Powtarzam: ostatecznie wszystko, a więc i to, co wydaje się nam dramatycznie trudne, a nawet pomnażające cierpienie i egzystencjalną trwogę. Z Bogiem, który nas kocha, nie tracimy ani krzty życiowego sensu.

 

Warszawa, kwiecień 2016 roku

Recogito no 80